post

Co roku w polskich mediach odżywa dyskusja nad potrzebą i sensem Wielkiego Postu jako wyjątkowych przygotowań do świąt Wielkanocnych. Osoby duchowne, nie tylko wypowiadają się w telewizji czy w radiu, ale nieraz nawet za pośrednictwem Internetu próbują przekonywać zaabsorbowanych codziennymi interesami ludzi o potrzebie refleksji nad życiem oraz własną relacją z Bogiem.  Pytani przez dziennikarzy przechodnie mają oczywiście rozbieżne opinie, zależnie od stopnia ich religijności, a także związków z tradycją Kościoła. Tymczasem warto pamiętać, że z perspektywy antropologii na fenomen postu da się spojrzeć szerzej niż jedynie jako na specyficzny okres w kalendarzu liturgicznym określonej religii:

Zbiorowy post to zjawisko równie stare i uniwersalne jak karnawał, występujące w tej czy innej formie we wszystkich systemach religijno-obrzędowych. Tak jak karnawał, okres postu przeciwstawia się powszedniości, życiu codziennemu. Im krócej trwa, tym bardziej jest intensywny, tym więcej zmian wnosi do porządku dnia. Ludzie na pewien czas zostawiają swoje zwykłe zajęcia, aby zanurzyć się w innym świecie. Jego cechy charakterystyczne to całkowite lub częściowe powstrzymanie się od jedzenia, wstrzemięźliwość seksualna, skromność w ubiorze, brak rozrywek, większa pobożność[1].

Dzięki takiej optyce można zastosować do postu pojęcie tematu kulturowego będącego według Morrisa Oplera postulatem bądź stanowiskiem, które w mniej lub bardziej jawny sposób głoszone, kieruje określonym zachowaniem albo skłania do działania[2]. Przeprowadzone przeze mnie badania dotyczą wprawdzie dobrze na ogół znanego Polakom 40-dniowiego czasu postu poprzedzającego święto Zmartwychwstania Pańskiego, jednak nawet na gruncie chrześcijaństwa istnieją odmienne interpretacje tego tematu kulturowego. Korzystając z szansy, jaką oferuje wielokulturowość Śląska Cieszyńskiego, w tym Ustronia, poprosiłam o rozmowę dwie osoby deklarujące się jako przedstawiciele wyznań: rzymskokatolickiego (mężczyzna, 84 lata – informator A) oraz ewangelicko-augsburskiego (kobieta, 56 lat – informatorka B), a także 25-letnią bezwyznaniową chrześcijankę (informatorka C) związaną z Fundacją „Życie i Misja” (którą włączyć można w nurt ewangelikalizmu)[3]. Jakkolwiek trudno wypowiedzi jednostek traktować, bez uwzględnienia indywidualnych światopoglądów, jako reprezentatywne dla konkretnych wyznań – zwracają na to uwagę sami rozmówcy: „To jest opowiadanie, bo na to nie ma reguł jakichś. Co kraj, to obyczaj, co chałupa, to inna nauka” [APKSz/2/A/2] – niemniej ujawniają się tu pewne szczególne wzory, typowe dla danej konfesji czy orientacji religijnych. Z tych odrębności wydobyć można to, co w odniesieniu do rozpatrywanego tutaj okresu łączy (lub łączyć powinno – pamiętajmy o rozróżnieniu na wzory postulowane i realizowane), wyznawców Chrystusa.

Nawiązując chociażby do Edwarda Evana Evans-Pritcharda, będę starała się odkryć, jaki subiektywny sens przedstawia Wielki Post dla moich rozmówców. Mam zarazem świadomość, że przedstawione narracyjnie wnioski z badań stanowią – jak wskazywał Clifford Geertz – poniekąd literacką interpretację interpretacji. Antropologiczna próba rozeznania się w sieci znaczeń mówi bowiem, co najmniej tyle samo o badaczu, ile o jego informatorach.

Etnograf wpisuje się w społeczny dyskurs, zapisuje go, przechodząc w ten sposób od chwilowych zdarzeń do ich relacjonowania, istniejącego w zapisie. Ponownie skonsultowane (w tradycyjnej terminologii scjentystycznej: pozytywnie zweryfikowane) mogą być jedynie te właśnie relacje – to, co utrwalamy, jest zapisem znaczenia jakiegoś aktu kulturowego, a nie relacją o samym akcie. Ponadto, jak przypomina nam Geertz, nie mogąc być w prawdziwym sensie podmiotami badanej przez siebie kultury, antropologowie nie zapisują „surowego” dyskursu, ale jedynie tę jego część, którą mogą dla nich uczynić zrozumiałą informatorzy, tę tylko, która „wydarza się” publicznie. Antropologia kultury nie jest odkrywaniem Kontynentu Znaczenia, ale stopniowym wyciąganiem wniosków z coraz pełniej i lepiej odczytywanych znaczeń. (…) Główną cechą charakteryzującą podejście interpretacyjne jest postulat, aby połączyć w obrębie interpretacji dwie kwestie: jak konstruuje się rzeczone interpretacje i jaką otrzymują one reprezentację tekstową jako dyskurs o podmiotach, między którymi, a raczej – z którymi prowadzono badania. Chodzi o zachowanie równowagi między refleksją nad rozumieniem innych i siebie w dyskursie a samym rozumieniem – w jednym i tym samym tekście[4].

Podobnie jak przywołany dwukrotnie powyżej autor Wiedzy lokalnej skupię się głównie na opisie kulturowych detali, gdyż w ich symbolice zawarte bywają znaczenia kluczowe dla zrozumienia tożsamości przedstawicieli danej kultury; w tym przypadku zaś – myślenia osób, dla których Wielki Post oraz Wielkanoc są ponawialnym przełomem w relacjach człowieka z Bogiem oraz Boga z człowiekiem.

 

Punkt wyjścia – czas przejścia, czyli po co karnawał

W swoich badaniach skoncentrowałam się na specyfice Wielkiego Postu (nazywanego w tradycji ewangelickiej Czasem Pasyjnym), karnawał traktując jako tło rozważań zachowań wielkopostnych, które zyskują swą wymowę dopiero w zestawieniu z owym okresem żywiołowych zabaw i ekscesów, odwrócenia reguł oraz folgowania „nieczystym” zachciankom. Wypowiedzi informatorów potwierdzają intuicję, że obchody karnawału uległy zredukowaniu, a on sam zatracił doniosły charakter zrytualizowanego „znaku zapytania” pod adresem porządku społecznego[5]. A przecież w innych krajach, chociażby w Niemczech, oddolne inicjatywy reaktywują karnawał jako bogate, zróżnicowane i angażujące całe społeczności święto totalne[6]. Prototypowym przykładem takiego feerycznego karnawału jest dla moich rozmówców oczywiście ten najsłynniejszy, brazylijski. W porównaniu z nim polskie celebrowanie wypada bez wątpienia blado: „(…) w karnawale może bardziej urządza się takie zorganizowane bale. Nie tylko w Polsce, ale ten słynny w Rio, ni?, ten karnawał przebierańców, no i po prostu ty maskarady. No ale czy ón ma jakieś większe znaczenie? W tej chwili mi się wydaje, że jedynie w rodzajach zabaw [akcent na te dwa słowa] się różni od tego czasu innego” [APKSz/41/B/4]. „Wie Pani, jakbyśmy wzięli tamtych z Południowej Ameryki, to oni jeszcze na pewno cały tydzień odsypiają i przeciągają to wszystko [śmiech]. U nas nic takiego, wszystko skromniej się odbywało. Jak widzimy, panie, co się tam dzieje, przecież oni dzień-noc tam się bawią. Więc jak im się cały ten post zacznie, to nie mogą wyhamować” [APKSz/29/A/29].

Warto tutaj przywołać specjalizującego się w rzeczonej tematyce Wojciecha Dudzika, który pyta retorycznie m.in.:

Dlaczego wreszcie współczesna Polska – choć przecież nieprotestancka! – nie jest krajem karnawałowym? O tym, że nie zawsze tak było, przekonują nas choćby dawne opisy literackie, w których wszakże zwraca uwagę rozdzielność stanowa staropolskich karnawałów: chłopi chodzili z kozą albo niedźwiedziem, a w karczmie baby skakały na wysoki len, szlachta pędziła od dworu do dworu kuligiem, arystokracja zaś urządzała reduty i maskarady. Niezależnie od tych różnic w dzisiejszej Polsce karnawał ewidentnie – by tak się wyrazić – „zdziecinniał” i został sprowadzony do towarzyskiej potańcówki przy pączkach…[7]

Być może na Śląsku Cieszyńskim ważnym czynnikiem krępującym huczność karnawału był ów wspomniany przez badacza protestantyzm, pociągający za sobą surowość obejścia oraz niechęć wobec religijnej czy obrzędowej ostentacji. Jakby na potwierdzenie powyższego cytatu, moi rozmówcy przyznają, że nie pamiętają by w ich otoczeniu (Ustroń, ewentualnie Cieszyn i okolice), kiedykolwiek miały miejsce widowiskowe obchody, opisywane w publikacjach na temat dorocznej obrzędowości ludowej, takie jak korowody przebierańców, babski comber, czy nawet wzmożone swatanie młodych i piętnowanie starych panien. Mimo że Ustroń uzyskał prawa miejskie dopiero w 1956 r., wzmiankowane tradycje uznają oni za „nietutejsze”, charakterystyczne raczej dla bliżej nieokreślonej „wsi” [por. np. APKSz/43/B/6]. W poniższym wyliczeniu ostatkowych zwyczajów – ponoć praktykowanych właśnie w Beskidach – czas przeszły wydaje się całkowicie uzasadniony:

Nasilenie zabaw łączyło się z ostatkami, to znaczy trzema dniami od niedzieli do wtorku przed środą popielcową, kiedy to w XX wieku na całym omawianym terenie należało tańczyć „na urodzaj”, „na kwacki” (karpiele), „na owies”, mocno przytupując i wysoko podskakując, aby kwacki duże urosły, a owies wysoki. Zwyczaj ten najdłużej, bo do czasu II wojny światowej, zachował się w Beskidzie Śląskim. Tam także dziewczynom, które nie wyszły za mąż, wytykano to w czasie zabawy, żartując, że „pójdzie na Czantoryje gnaty kulać”, czyli będzie ciągnąć na szczyt drewniany kloc (Istebna). W Beskidzie Żywieckim wybrednej dziewczynie, która odrzucała zalotników, na zabawie ostatkowej zarzucali chomąto końskie na szyję (Żabnica) lub stawiali dziada przed domem (Sól). Zabawę kończono soleniem basów (Żabnica) – co oznaczało koniec muzykowania[8].

Z powyższych zwyczajów trzeba jednak wyróżnić szkubaczki, które może nie miały charakteru stricte karnawałowego („świat na opak”, Turnerowska communitas), niemniej odbywały się akurat w interesującym nas okresie, prowadząc do sąsiedzkiej oraz międzypokoleniowej integracji w dość beztroskiej atmosferze: „Jak się kobiety, gospodynie i panny, zbierały, żeby to pierze drzić. I tam, wiadomo, były zawsze śpiewy, panie, wesoło, klebecyni [‘plotkowanie’] (…). Wesoło było, starki [‘babcie’] tam opowiadały różne historie śmieszne, tyn puch latał po izbie od śmiechu [śmiech]” [APKSz/7/A/7]. Można wyczuć w tej wypowiedzi nostalgię za rzeczonym zwyczajem, który Andrzej Kiełkowski charakteryzuje bardziej precyzyjnie, lecz też nie bez nutki humoru:

Podczas karnawału, kiedy trzymał srogi mróz, a wieczory były długie, gospodynie zbierały się w domach na tzw. szkubaczki (darcie gęsiego pierza dla panien, które miały wyjść za mąż). W jednej izbie spotykało się parę starszych i młodszych gospodyń, a nawet młode dziewczęta. Pierze wysypywało się na duży, ustawiany na środku izby stół. Kobiety na kolanach trzymały miski na puch, zaś kłaki były rzucane na podłogę. Cóż miały robić przy skubaniu pierza, jak nie plotkować. Jak skończyły obgadywać jedną ulicę, to zaczynały plotkować o drugiej. Gdy skończyły pracę w jednym domu, to przenosiły się do drugiego i tak po kolei, aż całe pierze było wyskubane.

Bywało i tak, że mężczyźni, nudząc się w domach, spotykali się w gospodzie i wspólnie odwiedzali nasze szkubaczki. Wtedy robota szła na bok, a zaczynały się śpiewy i tańce[9].

W świadomości moich informatorów karnawał jawi się jako czas nasilonych zabaw, spośród których wyróżniają się jedynie bale [APKSz/42/B/5], urządzane zazwyczaj przez różne środowiska zawodowe, choć znamienne dla tego okresu bale przebierańców kojarzone są raczej z latami wczesnoszkolnymi. Mimo że żaden z rozmówców nie uczestniczy, ani nie uczestniczył w podobnych imprezach regularnie, pytanie o nie wydobyło z pamięci leciwego kombatanta barwne wspomnienia z czasów tuż po wojnie, kiedy to we włoskim Gubbio został trzy noce z rzędu oddelegowany jako reprezentant pułku na organizowane w mieście zabawy karnawałowe. Informator tłumaczy, iż karnawał winien pomóc młodym „przestawić się” na czas Wielkiego Postu. Od takiego podejścia do zabaw odcina się 25-letnia informatorka C, twierdząc, że są one po to, „żeby dla tych ludzi [! – K. Sz.] jakąś alternatywę [dla okresu postu] stworzyć” [APKSz/77/C/4]. W jej wypowiedzi można dostrzec większe skontrastowanie tych dwóch okresów, aniżeli w poprzedniej, w której karnawał uznawany jest za „moment przejścia” do postu[10]. Niemniej dla wszystkich trojga informatorów nie występuje ostre zderzenie tych okresów, gdyż nie uczestniczą oni w ostatkach, ani nawet nie uważają ich za dni odmienne od innych dni karnawału. Sprawdza się przywołana wcześniej teza W. Dudzika: „No, Tłusty Czwartek chyba ma jakiś związek z tym jedynie, ale ogólnopolski to jest zwyczaj, więc go wszyscy znają. Że pączki się je. A potem cały post żałuje [śmiech]” [APKSz/80/C/7]. Lepiej nie lekceważyć zauważalnej tu ironii, gdyż w osobistym (posługuję się pojęciem stosowanym przez informatorów) przeżywaniu Czasu Pasyjnego nie chodzi bynajmniej o ekspiację za licznie – właśnie z myślą o przyszłej skutecznej, bo powszechnej, pokucie – popełniane w karnawale przewinienia.

 

Istota postu

Nim zajmę się poszczególnymi zwyczajami związanymi z Wielkim Postem, poświęcę chwilę ogólnemu, a zarazem osobistemu rozumieniu przez informatorów tego, czemu winien on służyć. Inaczej bowiem nie sposób właściwie zrozumieć konkretnych praktyk. Na początek oddam jednak głos badaczce obrzędowości dorocznej:

Post był w kulturach tradycyjnych jednym ze znaków wkraczania w niezwykły czas początku albo końca roku czy też ważnych prac. Powstrzymywanie się od jedzenia było zaprzeczeniem życia, a zatem stanowiło przygotowanie do przekroczenia granicy między tym a tamtym światem[11].

Przekroczenie owej granicy następuje razem ze wspomnieniem najważniejszego jej przekroczenia, które nastąpiło dla chrześcijan przed dwoma tysiącami lat: „(…) na pewno, przynajmniej tak gdzieś tam jestem nauczona, jest to czas, w którym należy się skupić (…) na tym, co ma się dziać w święta wielkanocne, a generalnie w Wielki Piątek, który ma nam przypominać ciągle na nowo o tym, co Pan Jezus zrobił na krzyżu, co się wtedy wydarzyło. I chyba celem tego… postu… [szybka „poprawka”] Czasu Pasyjnego jest właśnie pomóc sobie samemu, żeby skoncentrować uwagę na tym. Stąd też pewnie nie powinno się według Kościoła tradycyjnego poświęcać czasu na zabawę czy jakieś rozrywki (…)” [APKSz/81/C/8].

Po pierwsze, warto zwrócić uwagę na poprawkę informatorki, mającą, jak się dalej okaże, związek z nieco innym rozumieniem omawianego okresu przez katolików i ewangelików, czy może raczej – odmienną interpretacją przez wiernych jednego wyznania, form pobożności przedstawicieli drugiego („Ale byłam u znajomego, bardzo praktykujący katolik, stało tam kilka butelek, ale mówił, że nas nie poczęstuje – nie w Wielkim Tygodniu, tylko już teraz – no bo jest okres pasyjny, no post, o!, oni to tak mówią: post” [APKSz/49/B/12]). Po drugie jednak, co istotniejsze, owo „jestem tak nauczona” nie oznacza praktyki wyniesionej z domu rodzinnego, lecz obecnie obojętnej. Chodzi wszak o zasady „Kościoła tradycyjnego”, podczas gdy specyfiką Kościołów ewangelikalnych jest codzienny głęboki kontakt z Bogiem, co uwidacznia się w odpowiedziach identyfikującej się z tym nurtem informatorki m.in. na pytanie o działania podejmowane w Wielkim Tygodniu: „[M]yślę, że przygotowanie duchowe musi cały czas towarzyszyć, nie tylko teraz, ale każdego dnia, więc to się nie zmienia, jakichś praktyk dodanych więcej nie ma” [APKSz/103/C/30] albo o uczestnictwo w nabożeństwach w okresie postu: „Jeśli ktoś ma to wewnętrzne przekonanie, to nie potrzebuje jakichś określonych dni po temu, tylko żyje z Bogiem na co dzień. Jest to kontakt z najbliższą osobą, z którą chce się przebywać blisko w każdej chwili… a nie, że tylko od święta, przez półtorej godziny nabożeństwa” [APKSz/97/C/24].

Czy więc omawiany okres cechuje się czymś szczególnym? W otoczeniu informatorki C – z wyżej objaśnionych powodów – nie. Informator A stwierdza natomiast, że ponieważ istnieje dziś wiele pokus (typu dyskoteki), każdy musi sam wybrać, czy przeżywa ten czas jakoś odmiennie, czy żyje tak jak zawsze. Informatorka B z kolei przestrzega przed doraźnym poddawaniem się religijnym przepisom i zaleceniom, według których „wypada” postępować: „[W] tych okresach ludzie trochę próbują być lepsi dla siebie. Tak jak przy okazji tych katastrof, ale to jest na chwilę. Czas Pasyjny się kończy, to wracają do rzeczywistości, bo taka jest prawda” [APKSz/46/B/9]. O przestrzeganiu „właściwej kolejności”, tj. działaniu jako efekcie wewnętrznej potrzeby, wspomina też informatorka C: „[N]ie mogłabym powiedzieć, że powinny temu towarzyszyć takie, a nie inne zachowania, dlatego że to nie ma dla mnie większego znaczenia – zachowania a to, co ja myślę na ten temat. Albo raczej zachowanie już wypływa z tego, co ja o tym myślę czy nad czym się koncentruję” [APKSz/81/C/8]. W tradycji ewangelickiej obrzędowa i wizualna strona obchodów postu jest uszczuplona, co nie przeszkodziło w przeżyciu przez moją rozmówczynię-luterankę autentycznego, głębokiego wzruszenia przy samym tylko wspominaniu Wielkiego Piątku: „Czas Pasyjny to jedynie tyle, że się chodzi do kościoła, no i uczestniczy w nabożeństwach, w komunii tam, powiedzmy, ale najbardziej jest to w tym czasie na pewno rodzaj jakiegoś skupienia człowieka, zastanowienia się nad sensem życia, nad egzystencją, nad [drżącym głosem] całą historią ukrzyżowania… Mi się aż płakać chce…” [APKSz/45/B/8]. Ktoś pytający o istotę Czasu Pasyjnego powinien widzieć wówczas twarz tej kobiety – znacznie bardziej wymowną niż potoki wzniosłych słów.

 

Co tak, a co nie

Okres Wielkiego Postu kojarzy się z ograniczaniem przyjemności, co ma pomóc w godnym i świadomym przeżyciu jego istoty. Przejście w ów czas wiąże się zatem z postulowaniem zaniechania głośnych zabaw, wesel, imprez urodzinowych, koncertów muzyki rozrywkowej itp. To, iż należy takich właśnie rozrywek unikać, poświadczają informatorzy, ale przecież rzecz nie jest tak jednoznaczna. Informatorka C zwraca uwagę na bardzo ciekawą kwestię: „[N]ie są to jakieś huczne imprezy, że wielkie urodziny, łącznie z kapelą i z tańcami, i do białego rana, nie, raczej to takie odwiedzinowe spotkania, które się odbywają przez cały rok i wcale nie kończą się z racji tego, że jest Czas Pasyjny, bo można go też przecież razem [akcent] przeżywać, nic nie stoi na przeszkodzie. Bo nie chodzi o to, żeby być wtedy samemu. Też pewnie jest to cenne, ale nawet czasem łatwiej znowu się nad tym [sensem pasji i Wielkanocy – K. Sz.] skupić, rozmawiając o tym, co właściwie się dzieje i w jakim okresie kalendarza jesteśmy…” [APKSz/91/C/18]. W doświadczaniu Czasu Pasyjnego pomocna bywa więc wspólnota. Można tu wskazać analogiczną umacniającą rolę grup modlitewnych, o których mówi informator-katolik: „A kiedyś to zbierały się grupki i same (…) wszystkie pieśni te postne wyśpiewywali poza tymi uroczystościami. Zostawali, siedzieli w ławkach, organizowali się i sami sobie śpiewali” [APKSz/35/A/35].

Nadal jednak ważny jest zakaz urządzania wesel, zabaw tanecznych, koncertów muzyki niepoważnej, wystawiania komedii, śpiewania świeckich, szczególnie niepoważnych pieśni, a gdzieniegdzie, zwłaszcza dziewczęta, zasłaniają lusterka i zwierciadła. Wszystkie kobiety ubierają się w ciemniejsze suknie i odkładają na bok ozdoby i kosztowności. Na ogół zakazów tych i pokutniczych zwyczajów lud nadal przestrzega[12].

Tak pisze badacz jeszcze na początku XXI w. A jednak zdaniem moich rozmówców wiele osób nie zwraca uwagi na zmianę okresu liturgicznego i kontynuuje zabawy: „Podejrzewam, że są tacy, którzy nie patrzą, czy jest Czas Pasyjny, tylko będą się bawić. Szukają partnerów, szukają towarzystwa i oni się nie będą tam… Uważają, że to [Czas Pasyjny – K. Sz.] jest tylko tradycja i nic złego nie robią – tak sobie tłumaczą. (…) każdy musi mieć pewne przekonania, żeby do czegoś doróść czy żeby to jakoś kultywować. Natomiast ogólnie nasza rzeczywistość chyba jednak – rozwój radia, telewizji, Internet – jednak spłyca wszystko” [APKSz/55/B/18]. Czy zatem sami informatorzy ograniczają wtenczas korzystanie z owych mediów? Najmłodsza rozmówczyni nie posiada w domu telewizora, ale też nie ma na korzystanie z niego czasu, Internet zaś służy jej do pracy, nie do rozrywki. Informator A prawie nie ogląda telewizji, z kolei informatorka B wspomina, że „Babcia kultywowała (…), że tej telewizji się nie oglądało, ale to głównie w Wielkim Tygodniu, to dzisiej nie wiem, czy jest w ogóle możliwe (…)” [APKSz/52/B/15]. Przyznaje, iż sama nie ma do tego dosyć samozaparcia, a jej córka by się śmiała, podobnie jak znajomi. Niemniej według niej telewizja również potrafi się przysłużyć koncentracji uwagi na sprawach religijnych, chociażby wyświetlając z okazji Wielkanocy filmy o życiu i śmierci Jezusa.

Podobnie jak z zabawami, bywa z głośną a niepoważną muzyką nastawioną na zysk: „[C]i wszyscy didżeje tak zwani nie patrzą na Czas Pasyjny, tylko puszczają to, co zawsze. (…) jeśli jest zapotrzebowanie, to nie będzie inaczej. Gdyby ludzie sami nie przyszli w tym czasie na dyskotekę czy do lokalu, toby na pewno w inny sposób właściciele się zachowywali” [APKSz/58/B/21]. Według najmłodszej informatorki ograniczenie głośnego puszczania muzyki np. w supermarketach miałoby sens, gdyby „wrócić do wszystkich innych takich praktyk i też tłumaczyć na nowo ich znaczenie” [APKSz/94/C/21]. A zatem – zmiany wyłącznie w kontekście całości, nie zaś pojedyncze restrykcje. Ta sama rozmówczyni zaznacza jednak również, że – tak jak spotkań czy telewizji – nie można głośnej muzyki potępiać w czambuł, ponieważ czym innym jest muzyka chrześcijańska, która jak najbardziej wspomaga człowieka w kontakcie z Bogiem, także w Czasie Pasyjnym.

Skromność w zachowaniu tradycyjnie powinna się wiązać ze skromnością stroju. Zdaniem informatorki C zmiana może być widoczna u osób, które przedtem zachowywały się wyzywająco i szalały w karnawale, ale musi wypływać z wnętrza – gdy ktoś skupia się „na sprawach duchowych, a nie tych cielesnych czy materialnych, czy zewnętrznych, to wtedy to naturalnie wychodzi, że już nawet nie myśli, żeby tę biżuterię czy inne elementy krzykliwe prezentować” [APKSz/89/C/16]. Według B zdecydowanie – szczególnie w Wielkim Tygodniu, będącym czasem wyciszenia – należy ubierać się bez ekstrawagancji, skromnie, w stonowanych kolorach.

Z postem kojarzą się także zobowiązania do odstawienia używek. „Wiem, że w rodzinach katolickich biorą sobie takie postanowienie (…), ale w moim otoczeniu jakiegoś specjalnego [akcent] postanowienia nikt nie zrobił. I wiem, że tak samo [znajomi] uważają, że na pewno można tego drinka wypić czy coś, no tylko w ten Wielki Piątek to nie” [APKSz/54/B/17] – mówi ewangeliczka. Co ciekawe, kawy żaden z pytanych nie uważa za używkę, tylko za coś „normalnego, codziennego”. „Aczkolwiek kiedyś w kościele w Dzięgielowie była taka akcja »Siedem Tygodni Bez«, czyli właśnie »bez czegoś« – opowiada informatorka C – i wtedy każdy chętny, który chciał wejść w takie przeżywanie tego czasu [pasyjnego – K. Sz.], miał sobie wybrać jakąś jedną rzecz związaną z jedzeniem czy z przyjemnościami, jak telewizor czy Internet, komórka czy właśnie kawa, słodycze, bez której będzie te siedem tygodni na rzecz Wielkiego Postu żył. I wiem, że bardzo wiele osób wybierało tę kawę, bo wiedzieli, że jest to jednak coś, bez czego czasem trudno, ale też, że warto to poświęcić” [APKSz/90/C/17]. Informatorka B zasadniczo nie optuje za znaczącymi ograniczeniami, „[o]czywiście oprócz jakichś pijaństw, pijaństwa rodzą burdy, ludzie zaczynają dziczeć, no, dochodzić zaczyna do nieprzyjemnych sytuacji” [APKSz/48/B/11].

A wszak poprawa stosunków z innymi ludźmi również stanowi ważny postulat wielkopostny. Chociaż chodzi raczej o wzory normatywne: ma się świadomość tego, że powinny nastąpić zmiany, lecz informatorzy wiedzą, że z realizacją bywa różnie. Zmiana zachowania bywa powierzchowna lub krótkofalowa. „[J]eżeli chodzi o rodzinę, wszystko zależy, jak dana rodzina funkcjonuje, czy się do tego stosuje i faktycznie nie mają wtedy włączonego telewizora i razem siedzą, rozmawiają, czy po prostu zupełnie nie widać żadnej zmiany” [APKSz/96/C/23]. Zalecany jest w owym czasie przez Kościół również szczególny wzgląd na biednych. Informator A objaśnia: „Jałmużna jest najlepszym, że tak powiem, lekarstwem w tym okresie, dobrze ją tak nawet zwiększać, bo potrzebujących jest zawsze więcej jak możliwości” [APKSz/24/A/24] i opowiada o swojej pracy w ustrońskiej Fundacji św. Antoniego.

 

Post – ale jaki?

Nade wszystko należałoby poświęcić nieco miejsca temu, co wydaje się sednem postu zgodnie z jego nazwą, tzn. przepisom i zakazom dotyczącym posiłków. Ze słów moich rozmówców jednoznacznie wynika, iż zgodnie z tradycją ewangelicką ścisły post obowiązuje w Wielki Piątek jako w dzień wewnętrznego skupienia i współczucia z cierpiącym Chrystusem. W kwestii innych dni informatorka B tłumaczy: „U nas się nie stosowało żadnych takich postnych. Owszem, być może się ograniczało, jak byłam dzieckiem, potem też w Wielkim Tygodniu, może spożywanie tego mięsa, może mniej ciężkostrawne i bardziej mączne rzeczy się jadło”. Tymczasem u wierzących katolików dobrze widziany jest post w każdy piątek, przez cały rok, natomiast w Wielkim Poście „[j]est tzw. Środa Popielcowa, to jest ścisły post (…) i potem jest tzw. Triduum Paschalne w Wielkim Tygodniu (…), to też są dni ścisłego postu. To znaczy jednorazowe najedzenie się do syta, a przy tym jakieś jedno ciastko zjeść czy co, to nie jest (…) jedzenie” [APKSz/13/A/13]. Mimo tych słów informator czuł potrzebę tłumaczenia się z konsumpcji kruchych ciasteczek, którymi mnie samą nieskutecznie usiłował częstować. Usprawiedliwia go chyba fragment odpowiedzi na jedno z pytań: „[S]łodycze lubię, to się przyznam, można by sobie ograniczyć i powiedzieć: »Nie będę na razie tak szarżował«, ja wiem? [milczenie] Najgorzej to zobowiązać się, a potem nie dotrzymać, ale jak ktoś przyjdzie i wypada kogoś poczęstować, nó tóż nie można powiedzieć: »Napij się kawy, ale ja na razie nie piję, bo poszczę«. To byłoby niekoleżeńskie…” [APKSz/19/A/19]. Na dodatek, mimo że obstawał przy tym, iż zakazy żywieniowe w Kościele katolickim dotyczą i dotyczyły jedynie mięsa, zreflektował się, że do domowego chleba nie poda śmietany, tylko mleko. Wszystkie te sytuacyjne niuanse należy jednak widzieć w odpowiednim świetle, wiedząc, iż nie są najważniejszą treścią Wielkiego Postu. Informatorka C zauważa: „[N]a pewno wielu osobom, które odbierają tylko to, co płynie z kościoła, bardzo to pomaga w jakimś utrzymywaniu duchowego życia, takie praktyki, ale wiem, że one nie są, myślę, celem i nie są też istotą” [APKSz/85/C/12].

Z kolei pytanie kontrastujące „post cielesny” oraz „skupienie wewnętrzne” było celowym zabiegiem, aby wywołać skrajne opinie na temat form manifestowania umartwień. Pojednawcze stanowisko reprezentuje informatorka związana z ewangelikalizmem, która ten pierwszy postrzega bardzo, by tak rzec, funkcjonalnie: „[W] Biblii jest post przedstawiony jako takie narzędzie [akcent], przez które my potęgujemy nasze modlitwy, w sensie, że jeżeli faktycznie jest sprawa, na której nam bardzo zależy i chcemy ją bardziej jeszcze podeprzeć czymś, to wtedy nawet Pan Jezus mówi, że należy pościć w różnych sprawach większej wagi dla nas, czy dla Kościoła, czy dla świata”. Jednak zaznacza: „trzeba bardzo uważać, czy ten post jest dlatego, że tak nakazuje jakaś tradycja czy inni ludzie (…) – czy faktycznie jest to związane z moją osobistą relacją z Bogiem i z tym, co odczuwam w sercu i co powinno towarzyszyć mojej koncentracji na sprawach wielkanocnych, bo ja chcę może jakoś bardziej w to wejść i ten post ma mi służyć jako narzędzie (…)” [APKSz/84/C/11].

Wypada tutaj przywołać ilustrację, jak ów post niejednokrotnie wyglądał dawniej:

Przodkowie nasi, a zwłaszcza mieszkańcy wsi, przez wieki całe nie tylko bardzo gorliwie wypełniali zalecenia Kościoła na wielki post, ale także dobrowolnie narzucali sobie różne umartwienia, zgodnie z przysłowiem, które powiadało że: „Polak woli człowieka zabić (w innej wersji – rękę stracić) niż złamać post”[13].

Wariant z morderstwem w istocie świadczyłby, potocznie mówiąc, o przeroście formy nad treścią, przed którym ostrzega informatorka-ewangeliczka: „Dla mnie nie na zewnątrz [akcent], jakieś tam manifestowanie, bo tu się ograniczamy z jedzeniem, wymyślamy, cudujemy, a dla drugiego jesteśmy niedobrzy. Właśnie absolutnie nie!” [APKSz/48/B/11]. Sens bowiem zależy od szczerości intencji: „A dzisiej ludzie robią wiele szopek na tym świecie, naprawdę. Tu się posypią popiołem, wyjdą z kościoła i są niedobrzy dla bliźniego, zazdroszczą, zawiszczą i tak to jest, no” [APKSz/57/B/20]. Z całości jej wypowiedzi wynika, że taką hipokryzję zarzuca szczególnie katolikom. Dlatego należy tu zacytować roztropne słowa 84-latka tego wyznania, i to mocno związanego z zasadami Kościoła. O popiele mówi on następująco: „Nie zrzucam, samo się wykruszy albo się spłucze, jak się człowiek myje wieczorem. Ale nie robię tego tak nachalnie zaraz, żeby szybko się pozbyć, panie… No bo to wtedy nic nie znaczy. A to jest przyjęcie, jak to nazwać, skruchy, no, pokory…” [APKSz/15/A/15]. Jego rozumienie publicznego okazywania, że ktoś stosuje się do postu, ujawnia istotny religijny wymiar odpowiedzialności międzyludzkiej: „Ja myślę, że to jest indywidualna sprawa. Pewnie, że się nie należy z tym obnosić: »Bo ja sobie odmówił tego i twardo to przestrzegałem« – to się mija z celem. Chociaż pewnie, że i rozgłos jest dobry, bo jeden drugiemu powinien zwracać uwagę, no. Nie zawsze się tak dzieje, bo każdy mówi: »A co mnie obchodzi, co on tam robi«. Naszym obowiązkiem [akcent] jest, ludzi wierzących, mimo wszystko przypominać o tym, że ktoś źle robi, i sobie uzmysłowić: »Może ja też źle robię«” [APKSz/12/A/12]. A zatem zewnętrzne przejawy postu mają nie tylko wypływać z wnętrza, ale także w owo wnętrze uderzać i wnikać. Zobacz, jak postępujesz. Przystań na chwilę i przyjrzyj się sobie.

 

Środa Popielcowa, czyli poniżenie dumy

Przyjrzyj się nie tylko swojemu zachowaniu, lecz również jego fundamentowi – temu, co uważasz za „ja”. W tym celu powrócić trzeba na chwilę do Popielca, rozpoczynającego okres Wielkiego Postu.

Księża, sypiąc popiół na głowy, przypominają wszystkim o śmierci, przemijaniu i znikomości rzeczy ziemskich (…). Wielkopostny rytuał posypywania głów popiołem został wprowadzony do liturgii Kościoła powszechnego ok. IV wieku i aż do X wieku obowiązywał wyłącznie osoby publicznie odprawiające pokutę. (…) Później sypanie popiołu na głowę stało się obrzędem symbolicznym, stosowanym wobec wszystkich wiernych i dotychczas jest znakiem pokuty, żalu za grzechy, gotowości do wielkopostnych rozważań i umartwień[14].

Jak postrzegają ten gest moi rozmówcy? „Może to jest symbolika taka. Uświadomić sobie, kim ty jesteś. To rzeczywiście jest sprowadzające do parteru. Może się człowiek raz w roku z tej swojej pychy otrząsnąć” [APKSz/87/C/14] – stwierdza bezwyznaniowa chrześcijanka. O tym, jak trudne bywa dla niektórych takie „otrząśnięcie”, nie bez oburzenia opowiada informator: „Bo niektóry to przychodzi, żeby dać sobie głowę posypać, a ledwo idzie od ołtarza, już bierze tak i tego [gest strzepywania czegoś z głowy]. Ja mówię: nie, dlaczego? Jak poszedłem dobrowolnie, żeby mnie posypał popiołem, to dlaczego się tego mam wstydzić? (…) Normalny człowiek stara się, żeby wyglądać elegancko, naperfumowany, odstawiony (…) i nagle – posypany popiołem. Już samo to pokazuje, że chodzi o przyjęcie naprawdę okresu jakby żałoby, czy może (…) wyczekiwania” [APKSz/15/A/15].

Czy więc wkroczenie w ten okres jest przełomowe? Nikt już chyba nie usuwa tego dnia tłuszczu z kuchni ani nie zasłania luster. Jednak najmłodsza informatorka opowiada, że w jej „latach szkolnych ta Środa Popielcowa była widoczna, ponieważ sygnalizowano – nie wiem, czy nauczyciele, czy kto – że kończy się czas głośnych zabaw, a zaczyna się właśnie Czas Pasyjny, i to było to przejście. I też pamiętam, jak często koledzy czy koleżanki ze szkolnej ławki właśnie tego dnia wybierali się do kościoła albo już byli i gdzieś tam śladzik popiołu na czole czy coś takiego”. W przeciwieństwie do zażenowania osób wspomnianych przez informatora twierdzi ona o tamtych dzieciach: „Przynajmniej w mojej klasie nikt się tego nie wstydził. Zresztą wszyscy szli i pewnie nikt tego nie kwestionował” [APKSz/88/C/15]. Wydaje się, że owa powszechność (albo raczej świadomość wspólnoty) zanika, w związku z czym przełomowość rzeczonego dnia również może zaistnieć nie dla całej społeczności, lecz dla jednostek. Przeżycie sprowadza się na płaszczyznę prywatną. Informatorzy nie obserwują wśród znajomych wyraźnego przejścia w inny sposób życia akurat w Środę Popielcową. Zresztą i w tradycji ludowej nie była ona jeszcze wyraźnym odcięciem się od karnawału, łączyła dość płynnie sacrumprofanum; można sądzić, że chciano do ostatniej sekundy wykorzystać czas radości przed czasem restrykcyjnych wtedy umartwień:

Obrzędy kościelne środy popielcowej wyznaczały też nieodwołalnie koniec zabaw zapustnych, ale jeszcze w początkach XX wieku zabawy, psoty i niektóre zwyczaje zapustne, np. spotkania kumoszek w karczmie, represyjny zwyczaj kłody nazywanej popielcową czy tańce kobiet na wysoki len, także przyczepianie klocków starym pannom i starym kawalerom i – czasami – pochody karnawałowych maszkar, trwały jeszcze przez znaczną część dnia. Środa popielcowa bywała bowiem dniem, w którym ścierały się karnawałowe uciechy i wielkopostna powaga.

Zwłaszcza w tradycji ludowej środa popielcowa bywała swego rodzaju pomostem, przejściem z karnawałowego zgiełku i hulaszczej zabawy w ciszę i skupienie wyciszającego życie wielkiego postu[15].

Informatorka wyznania ewangelickiego nie uważa, by Popielec stanowił kiedykolwiek w jej rodzinie i otoczeniu dzień przełomowy, po pierwsze, bo dosyć skromnie i spokojnie żyło się na co dzień, po drugie, bo podobnie też obchodzono Czas Pasyjny. Chodzi o ubóstwo zewnętrznych form pobożności, traktowanych przez nią z dużą rezerwą: „Może ma to znaczenie jako symbol, ale ja tego nie uznaję, nie. Dla mnie to jest taki pewien zabobon” [APKSz/51/B/14]. Wydaje się, że informatorka bezwyjątkowo utożsamia nazbyt widowiskowe przejawy kultu z ludowymi praktykami pogańskimi. Przyjrzymy się więc owym praktykom i ich relacjom do obrzędów chrześcijańskich.

 

Post na ludowo, czyli posiłki i palmy

Obrzędy ludowe przypadające na cały okres Wielkanocy, w obręb którego wchodzą również wielki post i Wielki Tydzień, obfitują w wiele elementów pochodzących z tradycji kościelnej. Zjawisko to tłumaczy się zarówno mnogością świąt i obrzędów wielkanocnych, jak również ich wysoką rangą w liturgii kościelnej. Okres ten charakteryzuje poza tym duża różnorodność, plastyczność, fabularność oraz bogactwo chrześcijańskiej symboliki obrzędowej. Środa popielcowa otwiera cykl zwyczajów wiosennych, kończą go zaś Zielone Świątki. Są to tylko umowne daty graniczne, bowiem w praktyce obserwujemy obecność w tym czasie zwyczajów z sąsiednich cykli. Cały omawiany okres uznać można jednak za dość jednorodny pod względem obrzędowym i zwyczajowym[16].

Okazuje się, iż w badanym środowisku ludowe zwyczaje okresu postu, analogicznie do tych karnawałowych, popadają w niemal całkowite zapomnienie. Wymieniane w literaturze przedmiotu nazwy niedziel tego czasu, utrzymujące się rzekomo na całym Śląsku, nie są znane nawet najstarszemu informatorowi (prócz, rzecz jasna, Niedzieli Palmowej). Podobnie jest ze znajomością tradycyjnych wielkopostnych potraw naszego regionu.

(…) [W Popielec – K. Sz.] obowiązuje ścisły post, to znaczy, że można się najeść do syta wyłącznie postnych potraw tylko raz dziennie. W tym dniu na śniadanie podawano zwykle tzw. wode z chlebym. Jest to najczęściej pokrajana w kostkę kromka czerstwego chleba zalana wrzątkiem, w którym ugotowano pokrajane w plasterki ząbki czosnku z dodatkiem kminku i szczyptą soli. Na obiad zaś żur postny z nieokraszonymi ziemniakami lub ziemniaki z uprzednio „wymoczonym” solonym śledziem i surową kiszoną kapustą, a na kolację placek z pszennej żarnówki pieczony na blasze (płynie kuchennej) z niesłodzoną czarną zbożową kawą. Zrozumiałe, że ciasto na taki postny placek wyrabia się wyłącznie na wodzie z dodatkiem szczypty soli. Z takiego ciasta zamiast placków gotowano też kluski, które jadło się z kapuśniónką – kapuśnicą (wodą zebraną z zakiszonej kapusty) albo z ugotowanymi w wodzie pieczkami – suszonymi owocami[17].

Co prawda 84-latek wspominał ryby i wodziónki, które „były modne w tym czasie, bo organizm potrzebuje (…) odżywiania, jeśli człowiek pracuje, a wtedy naprawdę pracował” [APKSz/14/A/14], 56-latka przywołała zaś postać matki, według której „jadali taką zupę mleczną, ale nie ze słodkiego mleka, tylko albo z kwaśnego, albo z maślanki. I do tego ziemniaki ze słoniną” [APKSz/50/B/13], lecz nie omieszkała przyznać, że w młodości nie zwracało się na takie rzeczy uwagi, a i pamięć po latach niedomaga. Sytuację podsumowuje opinia 25-latki: „[D]zisiaj raczej mało kto wie o tamtych zwyczajach, żywieniowych zwłaszcza. Teraz, kiedy są supermarkety” [APKSz/86/C/13].

Identycznie przedstawia się sprawa zabaw urządzanych już w wyciszonym okresie postu. Moi rozmówcy nie słyszeli o półpościu[18], nie kojarzą topienia marzanny ani chodzenia grzegorzy[19], ponoć specyficznego dla Śląska Cieszyńskiego (jak się jednak wydaje, raczej dla Trójwsi i Zaolzia[20]). Pozostaje równie nagłaśniany przez masowe media jak Tłusty Czwartek – prima aprilis. Niemniej zachowała się pamięć o wygrowkach na miano.

Pięknym zwyczajem było jeszcze w okresie międzywojennym składanie w dniu świętego Józefa życzeń imieninowych solenizantom. Odbywało się to tak, że ludowe kapele, orkiestry górnicze, strażackie, kolejarskie i fabryczne od samego rana obchodziły domy, w których mieszkali znajomi im Józefowie. Przed tymi domami orkiestra czy kapela zagrała jeden, a nawet dwa, trzy kawałki bezinteresownie. Solenizant zawsze odwdzięczał się muzykantom, choć było to w Wielkim Poście, poczęstunkiem w postaci jednego, dwóch kieliszków warzónki – wódki zaprawionej palonym cukrem (karmelem). (…) Niejeden muzykant podczas tego koncertowania nieraz wyprawiał różne sztuczki ze swoim instrumentem lub uciesznie grał na nim solo. Był to już raczej popis przeznaczony właśnie dla dzieciarni[21].

Wprawdzie mój informator potępił pijaństwo, do którego nieraz przy tej okazji dochodziło, jednakże i on, chociaż stanowczo bronił w rozmowie powagi Kościoła, spontanicznie opowiedział dowcip o człowieku przychodzącym w Wielki Piątek do spowiedzi [zob. APKSz/17/A/17]. Wbrew pozorom nie było to naruszenie sakralnej osnowy owego święta, lecz jej umocnienie przez zdemaskowanie obłudy bohatera dowcipu.

Skoro przywołany został Wielki Piątek, trzeba podkreślić, że niegdyś występowała wtedy kumulacja ludowych obrzędów. Najstarszy informator pamięta zwyczaj kąpieli w bieżącej wodzie tuż o świcie: „A tak, z czwartku na piątek się biegło do potoka, bo jak Pana Jezusa biczowali, to go targali w nocy (…) i wodzili tu i tam, i na pamiątkę było właśnie mycie się wodą, tą pierwszą, jaką się zaczerpnęło gdzieś w potoczku, na pamiątkę tego okresu jerozolimskiego” [APKSz/32/A/32]. Ale zarówno on, jak i moje rozmówczynie uznali, że nikomu by się zapewne dziś nie chciało biec opłukać się zimną wodą do strumienia, o który zresztą nawet w tak niewielkim mieście, jak Ustroń, trudno. Informatorka B próbowała tradycyjnej gorzkiej tatarczówki, kosztowanej na pamiątkę męki Chrystusa [APKSz/68/B/31], aczkolwiek odcina się od rozmaitych symbolicznych obrzędów czy takich upamiętnień wydarzeń biblijnych, jak inscenizacja wjazdu Chrystusa do Jerozolimy [por. APKSz/64/B/27]. Zauważmy, iż przedstawienie to ma podłoże przede wszystkim religijne, same palmy jednak stanowią dowód splatania się chrześcijaństwa z wierzeniami ludowymi:

Odmianą rytualną goiczka-moiczka była palma – pisze Daniel Kadłubiec. Jaki był między nimi związek? W czasach bardzo dawnych, przedchrześcijańskich, znana była zielona gałązka, rózga życia, jako symbol odradzającej się przyrody. Gałązka ta ze względu na to, że była uważana za coś żywego (była ożywiona duszą), miała w sobie siłę wegetacyjną, tzn. mogła wpływać na urodzaj, pobudzać życiodajność ziemi. Stąd też zielone drzewko, połaźniczka, pojawia się w okresie Świąt Godowych (rodzi się nowy rok), a także w postaci palmy święconej w Niedzielę Kwietną. Oto przykład, jak jedna kultura nawarstwia się na drugą[22].

A oto, jak przejawiało się w konkretnych praktykach owo nawarstwienie:

Palma wielkanocna miała chronić ludzi, zwierzęta, domy i pola przed czarami, ogniem i wszelkim złem tego i tamtego świata. Od dawna istniał zwyczaj połykania bazi, aby nie cierpieć na ból głowy i gardła, a sproszkowane „bagniątka” dodawano do leczniczych naparów, uzdrawiających zarówno ludzi, jak i zwierzęta. Bazie oberwane z poświęconej palmy mieszano z ziarnem siewnym, które podkładano pod pierwszą zaoraną skibę. Jeszcze dzisiaj można zobaczyć krzyżyki z palmowych gałązek wetknięte w pola, by broniły zasiewów przed burzami i gradobiciem. Po powrocie z nabożeństwa chłostano się poświęconą palmą, wołając przy tym: „Nie ja biję – palma bije. / Wierzba bije, nie zabije. / Za tydzień Wielki Dzień. / Za sześć noc Wielkanoc”[23].

Należy zaznaczyć, że informator-katolik bardzo stanowczo się od takich praktyk odcina. „To już jest zabobon. (…) Kościół na pewno publicznie tego nie dopingował, żeby bazie połykać. Nawet mi to w głowie się nie mieściło, jak gdzieś przeczytałem, że właśnie tak ludzie robili” [APKSz/30/A/30]. I rzeczywiście, nikomu z pytanych palmy nie kojarzą się z życiodajną gałązką, która przejawiałaby funkcje magiczne, a nie tylko dekoracyjne. Wszyscy natomiast podkreślali ambiwalentną symbolikę palm w kontekście historii o wjeździe Jezusa do Jerozolimy: „I tam wtenczas, wiadomo, przyjechał na osiołku, najpierw sypali, panie, zieleń, kwiaty, wszystko, a potem krzyczeli wszyscy: »Ukrzyżuj go, ukrzyżuj go«” [APKSz/30/A/30]; „[Z] jednej strony super, że Go tak witają, ale ma to też dla mnie ostrzegawcze i… zastanawiające znaczenie – w sumie te palmy, fajnie, fajnie, ale za chwilę palmy krwią zbrukane…” [APKSz/102/C/29]. Owo zestawienie radości i cierpienia przenosi nas myślami nieuchronnie w okres Wielkiego Tygodnia, w którym owe dwa uczucia się przeplatają – pomimo rozdzielenia na bolesny Wielki Piątek i krzepiące święto Zmartwychwstania.

 

Dlaczego „Wielki” Tydzień

Wspomniane uczucia przeplatają się w przygotowaniach czynionych z myślą o Wielkanocy, choćby tak prozaicznych, acz ważnych, jak szykowanie potraw czy wypieki (tutaj informatorka B wspomina tradycyjne regionalne murzyny)[24], sprzątanie domu lub planowanie świątecznych spotkań z rodziną. Jednak owo nierozdzielanie dwóch świąt i dwóch nastrojów może przejawiać się także na płaszczyźnie duchowej: „I uważam, że również w piątek mogę się już cieszyć z niedzieli, a w niedzielę znowu mogę sobie piątek przypomnieć i dla mnie to jest jedna całość dzieła zbawienia” [APKSz/106/C/33]. Z kolei informator A podkreśla, że trzeba zachować umiar w przedświątecznej krzątaninie, znać priorytety: „Wtedy już się nie planuje jakichś robót domowych grubych, wszystko wcześniej trzeba zrobić, żeby mieć więcej czasu potem dla Pana Boga” [APKSz/31/A/31].

Niegdyś powaga ostatnich trzech dni przed Wielkanocą była niezwykle surowa:

W domach śląskich zasłaniano w tym dniu [Wielki Czwartek] lustra, zatrzymywano zegary, niemal tak, jak gdyby umarł ktoś z domowników. Niektórzy wkładali już w Wielki Czwartek czarną odzież. Nie wolno było od tego dnia aż do drugiego święta Wielkiej Nocy wykonywać żadnych ciężkich prac polowych (…)[25].

Dziś zachowało się to zwłaszcza w Wielki Piątek, którego wyjątkowe znaczenie dla ewangelików akcentują wszyscy informatorzy. Przybiera on postać prawdziwego dnia żałoby, co przejawia się zarówno w stroju, jak przede wszystkim w wewnętrznym poruszeniu i smutnym skupieniu, o czym parokrotnie wspominała informatorka-luteranka: „No ale najbardziej właśnie ten Wielki Piątek, to się tak obchodzi, człowiek się jakoś wycisza, choć nie ma już tego zwyczaju, że się zamyka radio, telewizję, wszystkie takie te głośne…” [APKSz/45/B/8].

Co prawda także w Kościele katolickim, choć nie jest to centralne święto, Wielki Piątek jest wielorako wyróżniony:

Wielki Piątek, jedno z głównych świąt chrześcijańskich, obchodzone na pamiątkę śmierci Chrystusa na krzyżu, a tym samym Odkupienia ludzi (…), nazwa polska stanowi przekład z greki i nie jest używana w Kościele zachodnim; W.P. to dzień powagi, pokuty i postu; w katolicyzmie wyjątkowo nie odprawia się w W.P. mszy (w Polsce zwyczaj umieszczania Najświętszego Sakramentu w urządzanym na te dni Grobie Pańskim); nabożeństwo, często odprawiane o godzinie 15 (godzina śmierci Chrystusa), obejmuje specjalne modlitwy, czytanie opisu Męki Pańskiej, adorację krzyża i komunię; w Kościołach ewangelickich nie praktykuje się procesji wielkopiątkowych i adoracji krzyża; W.P. jest dniem całkowitego wyciszenia i pokuty, a nabożeństwa odprawiane w tym dniu otrzymują specjalną oprawę liturgiczną[26].

Jak mówi informatorka-luteranka, wtedy „[C]złowiek (…) [powinien] tak jakoś podejść do życia, zastanowić się… adekwatnie do tej historii ukrzyżowania. Bo na pewno w tym dniu się myśli tylko o tym. Tak mi się wydaje. Że nawet w domu czy gdziekolwiek, gdzie by się szło, jednak w tym dniu się o tym myśli. Cały czas” [APKSz/69/B/32]. Właśnie ponieważ – jak ujęli to autorzy encyklopedii Religia – chodzi o „śmierć Chrystusa na krzyżu, a tym samym Odkupienie ludzi”, bezwyznaniowa chrześcijanka wspomniany „cały czas” rozciąga poza jeden konkretny dzień: „Wielki Piątek (…) skoncentrowanie na tym, co Pan Jezus przeżył, co zrobił i jakie to ma dla mnie dzisiaj znaczenie. To nie jest może jakieś „wielkopiątkowe” znaczenie, tylko raczej codzienne” [APKSz/105/C/32].

 

Rola Kościoła i odrębności wyznaniowe

Jak kształtuje się więc relacja między osobistymi przeżyciami a wezwaniami, napomnieniami ze strony instytucji Kościoła? Na temat uczestnictwa w nabożeństwach mój informator udziela niemal instrukcji: „W wierze katolickiej jest obowiązkowe coniedzielne bycie na nabożeństwie, jak jest organizowane. A w czasie postu są Drogi Krzyżowe, Gorzkie Żale, ale one nie są obowiązkowe, już nie pod grzechem ciężkim, natomiast bycie na całym nabożeństwie, na całej mszy św. to jest obowiązkowe cały rok. (…) Wewnętrznie obowiązkowo należy w tym czasie przyjąć sakrament spowiedzi i sakrament komunii świętej, w okresie wielkanocnym to jest obowiązkowe [akcent]” [APKSz/25/A/25]. Informatorka C z kolei tłumaczy: „[B]ardziej mogę zauważyć, że ktoś przeżywa ten czas, jeżeli… w jakiś osobisty sposób to wypływa z niego, nie? Czyli jego zachowanie jest już dostosowane do tego, co gdzieś tam sobie w głowie myśli czy czuje, a nie, że akurat tego dnia o tej porze roku muszę zacząć praktykować coś, mimo że nie bardzo mi się chce na przykład…” [APKSz/83/C/10]. Stanowczo wypowiada się informatorka B: „To powinno zależeć od człowieka, on sam powinien wiedzieć, co to jest Czas Pasyjny, jak się zachować, i dlaczego by to miał mi akurat Kościół narzucać… (…) Przypominać [akcent] tak, ja nie mówię o przypominaniu, bo to leży też, no, w statucie czy w działaniu Kościoła, że należy napominać, przypominać, oczywiście. Ale po prostu nie tak jak w Kościele katolickim, że tam są te nakazy [akcent], że musi [akcent], bo jak nie, to grzech [akcent] i tak dalej…” [APKSz/47/B/10].

Zarzut ów parokrotnie (nieświadomie) odpiera mój rozmówca tego wyznania: „[W]łaściwie Kościół nawołuje do tego, żeby podejmować [akcent] jakieś zobowiązania w związku z Wielkim Postem, odmawiać sobie pewnych rzeczy. (…) Ale każdy ma wolną wolę, nie ma przymusu żadnego, wszystko zależy od danego człowieka”. Co godne szczególnej uwagi, spostrzega, iż działanie pod przymusem czy groźbą nie byłoby wysiłkiem – trud polega zatem na wykrzesaniu w sobie owej chęci i świadomej decyzji: „Jasne, że trzeba swobodę zostawić, to jest dobra i nieprzymuszona [akcent] wola, jak się ktoś deklaruje, że sobie odmawia takiej czy innej przyjemności. Jeśli to jest wymuszone, to nie jest żaden wielki wysiłek – jakby to było narzucone pod karą jakąś tam, co by groziła, gdyby człowieka zobaczyli (…), powiedzmy, że mimo zakazu korzysta z tych wyskoków różnych” [APKSz/11/A/11]. I co najważniejsze, liczba wyrzeczeń przekłada się na późniejszą radość świętowania: „Czym więcej sobie człowiek zaskarbi tych odmów, z tym większą przyjemnością wchodzi w okres wielkanocny” [APKSz/9/A/9]. Analogicznie wygląda sprawa rekolekcji dla dzieci; według informatora nie musiałoby być wtedy dni wolnych, „[n]o ale dziecko nie rozumie takiego obowiązku na tyle, żeby samo czuło potrzebę. (…) Na pewno przymusu nie ma. W szkole go rozliczą, jak był nieobecny, a tu, jak nie przyjdzie w tym czasie wolnym, to nikt go tam nie będzie karał” [APKSz/26/A/26].

Dopiero mając na uwadze powyższe interpretacje, można rzetelnie spojrzeć na różnice, jakie obserwuje informatorka-luteranka między Kościołem katolickim a ewangelickim. „Mnie się wydaje, że jednak się różni, że nasz Kościół, jak już zaznaczyłam, jest bardziej tolerancyjny, bardziej taki… wyważony, czy jak to nazwać? Nie ma takich jakichś zakazów, nakazów, pomimo że z wypowiedzi księży różne te zakazy wychodzą, wiadomo, które są w Biblii już, tylko że nie jest to taki przymus [akcent] u nas w Kościele, taki jak w katolickim. Że jednak ci ludzie jakoś tak sami od siebie pewne rzeczy się starają wykonywać…” [APKSz/70/B/33]. W innym miejscu sama bowiem przyznaje, że Kościół powinien wiarę, zwłaszcza w młodych ludziach, kształtować i podtrzymywać.

„Ale tak to niestety jest – twierdzi – że w Kościele katolickim przeważa forma nad treścią, nie tylko w Czasie Pasyjnym” [APKSz/70/B/33], podczas gdy w ewangelickim wizualna strona rytuału jest uproszczona, „zreformowana” [APKSz/66/B/29]. Nie ma więc w nim takich zwyczajów, jak opisane wielkopiątkowe:

W późnych godzinach popołudniowych w bocznych nawach kościołów odsłaniane są groby Pańskie; adoracja Jezusa w grobie, rozpoczęta w Wielki Piątek, trwa przez całą Wielką Sobotę aż do rezurekcji w Wielką Niedzielę. W całej Polsce przy grobach Pańskich są wystawiane warty honorowe (straże grobowe). Do naszych czasów zachował się obyczaj pobożnego nawiedzania kościołów (zwany potocznie chodzeniem na groby) i modlitwa przy grobie Jezusa. Weselszym akcentem poważnych i smutnych obrzędów Wielkiego Piątku była niegdyś zabawa chłopięca, zwana wieszaniem żuru i śledzia. W Niedzielę Palmową i przez następne dni Wielkiego Tygodnia (od Wielkiej Środy do Wielkiego Piątku) w sanktuariach, zwanych kalwariami, odbywają się wielkie widowiska pasyjne – misteria męki i śmierci Jezusa[27].

Czy jednak wszelkie tego typu praktyki lub ich brak nie są czymś drugorzędnym wobec tego, co nazwane zostało istotą Wielkiego Postu? Ową drugorzędność można przypisać nawet kwestii już zasygnalizowanej, a na pozór jeszcze donioślejszej – prymatowi Wielkiego Piątku bądź Wielkanocy w „hierarchii świąt”. „[W] Kościele ewangelickim się przyjęło, że to jest największe święto w ogóle w roku kościelnym. Ze względu na znaczenie tego, na tą… [wzruszenie] drogę całą, ukrzyżowania i śmierci… Chrystusa, który umarł za grzechy [akcent] ludzkie i dlatego chyba. I ta męka, i wszystko, to ludzie jakoś tak sobie wzięli do serca, jednak jakoś przestrzegają tego… Nie rozumiem właśnie różnicy: jeżeli jest chrześcijaństwo i mówi się, że jeden Bóg, a w Kościele katolickim to nie jest największe święto prawdopodobnie. Tam chyba Wielkanoc ważniejsza, a ona już jest związana z radością [akcent], prawda? To już zupełnie inne święto” [APKSz/61/B/24]. Czemu inne? – dopytuje informatorka C. „Mi się wydaje, co do tego, że tu piątek, a tu niedziela, że żadna ze stron nie ma racji albo obie ją mają, bo bez Wielkiego Piątku by nie było niedzieli, ale też nie można przy nim pozostać, ponieważ jednak to by była egzekucja jedna z wielu – bez zmartwychwstania nie miałoby to dla nas dzisiaj, w ogóle dla nikogo żadnego znaczenia. (…) Za bardzo się podkreśla różnice, które nie mają znaczenia, i trochę to ludzi odwodzi od głównego znaczenia, i smuci mnie to, bo jednak ludzie tracą zupełnie coś, co jest najważniejsze dla nich i decyduje o ich przeznaczeniu [akcent] również…” [APKSz/106/C/33]. Z tej „ostatecznej” perspektywy „spór” o Wielki Piątek i Wielkanoc przypomina osławiony spór o… wyższość karnawału nad postem lub odwrotnie.

 

Co uległo zmianie?

Informatorzy, niezależnie od wieku i wyznania, podkreślają, że najgłębsze różnice przejawiają się w wymiarze czasowym – obchody postu wyglądały całkiem inaczej parędziesiąt lat temu, dziś tymczasem na pierwszym planie znajduje się wszystko, co materialne i cielesne, a religijność staje się błahostką albo czymś wstydliwym. „Każdy stał się obywatelem świata i na tym cierpią te lokalne zwyczaje, które były kultywowane przez setki lat, nie? To na trzech ostatnich pokoleniach jest świetnie widoczne. Że jeszcze nasi dziadkowie to a tamto, a my już zupełnie inne życie. Oni to widzą chyba najbardziej” [APKSz/107/C/34]. Niektóre praktyki ulegają wymazaniu z pamięci zbiorowej: zarówno zwyczaje ludowe, jak i religijne. Ewangeliczka wspomina: „[J]ak się nie mogło pójść do kościoła, to moja babcia tutaj nabożeństwa takie domowe robiła, się czytało kazania z takiego zbioru specjalnego, pieśni śpiewało z kancynoła [‘kancjonału’]… Młode pokolenie nie ma o tym pojęcia” [APKSz/71/B/34]. Informatorzy ów negatywny wpływ przypisują zgodnie telewizji, Internetowi, przyśpieszonej modernizacji, wzrostowi konsumpcjonizmu. Niektóre rodziny chciałyby wpoić jeszcze dzieciom dawne przekonania, ale trudno to robić w warunkach, które Margaret Mead nazwała kulturą prefiguratywną. „A to jest celem rodziny, żeby wszystko jeszcze w dalszym ciągu wyglądało, jak hań downi [akcent] [= ‘dawniej’, zwłaszcza ‘tak jak u naszych przodków’], chociaż tak się nie udaje, bo z roku na rok to wszystko, ten świat gna (…) do przodu (…)” [APKSz/21/A/21]. „Jedynie może z chodzeniem do kościoła, to ludzie przekazują, że jednak by wypadało, czy wręcz trzeba pójść. (…) Co te dzieciaki by powiedziały [na zakazy wprowadzone dla nich w czasie postu]? One by się oburzyły, a jakby się dowiedziały, że kiedyś się wyłączało radio, telewizję, toby się wyśmiały z człowieka” [APKSz/57/B/20].

Moi rozmówcy przekonują, iż pouczenia i ograniczenia o podłożu religijnym mają sens, jeśli praktykuje się je od najmłodszych lat i razem z dzieckiem: nie jest „bezpieczny do końca, bo mogą się w swoim dziecięcym życiu zrazić, zakaz jakiejś zabawy na rzecz nagle »teraz, tu czytaj«, jeśli dziecko nigdy nie czytało wcześniej [Biblii] i nie widzi w tym nic ciekawego, rodzice w tym nie uczestniczą razem z nim” [APKSz/93/C/20]. Na koniec 25-latka konkluduje: „Dzieci są dobrym odzwierciedleniem ducha, jaki panuje w rodzinie”. Jej wnioski potwierdza starszy o dwa pokolenia informator: „Jak rodzice nie będą sami kultywowali, to młodzież też, chyba wyjątki mogą być. Na pewno ta młodzież potrzebuje wzorców, jak ich nie ma, no to niestety, młodzieży to trudniej przychodzi jak [= ‘niż’] dorosłym. Bo myślę, że dopiero z biegiem czasu, jak już lata upływają, a człowiek póki co jest świadomy swoich czynów, to jeszcze chciałby to naprawić, Panu Bogu się wytłumaczyć, że (…) inaczej się myślało, a inaczej robiło” [APKSz/37/A/37]. Ale różnice poglądów między rodzicami a dziećmi nie są tak doniosłe jak te wypływające z przemian cywilizacyjnych i obyczajowych. „[K]iedyś jednak ludzie to inaczej, jakoś doceniali ten czas, a dzisiaj niestety młodzi nie” [APKSz/45/B/8]. Nie tylko w „naturalny” sposób zapomina się o dawnych tradycjach, ale też nie chce się pamiętać o umartwieniu, bo to pociąga za sobą pamięć o grzechu i śmierci: „A wszystko wokół jest nakierowane na to, żeby jak najbardziej rozluźnić te sprawy i nie zamartwiać się zanadto” [APKSz/36/A/36]. Czy zatem…

 

…post nie zaniknie?

Moi informatorzy zgodnie uznają, iż obchodzenie Czasu Pasyjnego wynika z wewnętrznej potrzeby człowieka, choć nieraz nieuświadamianej: „[T]ak jak, powiedzmy sobie… no, w prywatnym życiu człowiek zachoruje i potrzebuje lekarstwa, tak samo właśnie dla nie tylko ciała, ale i duszy jest potrzebne jakieś głębsze rozmodlenie się, głębsze (…) uduchowienie” [APKSz/36/A/36]. Wyliczenie rodzajów potrzeb przez informatorkę C przywodzi wręcz na myśl znany podział Malinowskiego; podkreśla też ona, iż wszystkie te potrzeby są ważne i niezbywalne: „[C]złowiek nie jest w stanie pozbyć się swoich cech, które dotyczą i ciała, i duszy, i z ducha, więc gdzieś tam któreś zawsze dochodzą bardziej do głosu. Wówczas pozostaje kwestia, które i kiedy, no i czy ludzie są jeszcze w stanie – zasypywani tymi wszystkimi mediami i tak dalej – te duchowe oczy swoje otworzyć i pozwolić tym potrzebom wyjść na wierzch i próbować je zaspokoić. A z drugiej strony wiadomo, że cały czas zaspokajają te potrzeby duchowości na różne inne sposoby – powszechne horoskopy w gazetach pokazują, że ludzie w zabobony ciągle chcą wierzyć. Ta potrzeba jest i nie umarła, ale bywa w zupełnie inny sposób teraz realizowana. To jest smutne dla mnie… No ale powrót [do prawdziwej religijności – K. Sz.] jak najbardziej jest możliwy i musi być” [APKSz/108/C/35]. Informatorka B widzi pociechę w fakcie, iż „samo to, że w dalszym ciągu jednak wyróżnia się ten Czas Pasyjny, to już jest dużo, mimo że ten sens trochę się spłyca” [APKSz/72/B/35].

Zgodnie z opiniami moich rozmówców Kościoły chrześcijańskie powinny ludzi napominać, a przede wszystkim objaśniać sens wiary i poruszać serca, przeciwdziałając religijności na pokaz, znanej z przypowieści o faryzeuszu i celniku. Według informatorki-luteranki „samo uczestnictwo w nabożeństwach, rekolekcjach, to już jest jakiś krok, żeby to nie zanikło w ogóle, żeby jednak Czas Pasyjny był. No bo mi się wydaje, że nigdy to nie zaniknie. To będzie być może coraz bardziej takie… nie będzie tego – jak by to nazwać? – reżimu, tych wszystkich postnych spraw… Ale dobrze, żeby zostało to, co naprawdę jest takim osobistym przeżywaniem” [APKSz/73/B/36]. O dziwo, myśl powyższą złączyć można ze słowami duchownego katolickiego, który referując przejawy współczesnego przeżywania postu, zauważa jego „prywatyzację” i pogłębiony związek wiernych z Bogiem.

Okres wielkiego postu zachował jednak swój religijny charakter. Chociaż post nie jest tak surowo przeżywany jak w minionych latach, to jednak dla wiernych rozumiejących dokonujące się misteria w liturgii Kościoła stanowi czas wewnętrznego nawrócenia i powrotu do Boga. Metanoja każdego wierzącego dokonuje się w ciszy i osobistym spotkaniu z Bogiem[1].

Nawet niechętna ingerencjom Kościoła w życie wyznawców informatorka B uważa, że do Kościoła należy rozwijanie w człowieku „wewnętrznego przekonania” do tego, ażeby specjalnie traktował omawiany tu okres. Jak miałby to czynić? Informatorka C tłumaczy: „Mi się wydaje, żeby się nie skupiać tylko na Czasie Pasyjnym, bo on trwa krótko. Myślę, że najskuteczniejszym narzędziem byłoby to, żeby po prostu powiedzieć im, wytłumaczyć dokładnie na podstawie Biblii – która dla mnie akurat jest jedynym, głównym autorytetem w tej kwestii – wytłumaczyć, na czym polega cały ten Wielki Weekend, właśnie piątek i niedziela, i że nie są to wydarzenia, które przypominamy sobie i obchodzimy, tylko że one mają znaczenie jak najbardziej aktualne dla każdego człowieka z osobna tu i teraz. (…) to kwestia przekierowania całego życia, a nie paru tygodni” [APKSz/109/C/36].

***

Z przeprowadzonych rozmów wynikałoby zatem, że Czas Pasyjny i nadające mu sens święta Wielkanocy są podobnie jak w interpretacji czasu świętego przez Mirceę Eliadego – zwrotem ku przeszłości, by dać nienaruszalny fundament teraźniejszości i przyszłości.

W tym czasie lud katolicki plastycznie wspomina szczegóły męki Chrystusa, jak pojmanie, sąd, skazanie na śmierć, drogę krzyżową, ukrzyżowanie i złożenie do grobu. Wydarzenia te nie są jednak tylko przedmiotem wspominania. One rzeczywiście w świadomości ludowej się dokonują. Wierzący chrześcijanin jest przekonany, że jest współczesnym świadkiem tych wydarzeń[2].

Właśnie tę plastyczność przedstawień religijnych krytykowała przywoływana wielokroć luteranka. Niemniej wydaje się, że powyższy cytat jest prawdziwy nie tylko w odniesieniu do dawnego „ludu katolickiego”, który w swej prostolinijności i dobroduszności poddawał się głównie oddziaływaniu efektów wizualnych religijnych obrządków. Wielki Post stanowi bowiem dla wszystkich wierzących chrześcijan nie tylko chwile oczekiwania na święto Zmartwychwstania oraz rozpamiętywania Męki Pańskiej. Oznacza bycie owym „współczesnym świadkiem”, i to każdego dnia. Jak pogodzić taką konkluzję ze stwierdzeniem: „Byłabym za tym, żeby jednak młodzież rozumiała powagę [akcent], że jednak Czas Pasyjny jest troszkę inny niż każdy inny, o. Że ma inne znaczenie” [APKSz/58/B/21]? Otóż można przyjąć, iż właśnie ma on pokazywać, że całe życie może mieć inne znaczenie niż na co dzień. „(…) [Ten czas ma wywoływać] skoncentrowanie na tym, co Pan Jezus przeżył, co zrobił i jakie to ma dla mnie dzisiaj znaczenie. To nie jest może jakieś »wielkopiątkowe« znaczenie, tylko raczej codzienne” [APKSz/105/C/32]. A zatem jest ono osobiste i jednocześnie ponadczasowe.

Można badać rolę postu w kulturze polskiej, tworząc statystyki praktyk religijnych czy obrzędowych, ale wówczas wymyka się ich głębsze znaczenie. Co prawda Eliade rozpatrywał czas święty w „społeczeństwach archaicznych”, gdzie następowało ponawianie gestu bogów, odnawianie aktu kosmogonii, podczas gdy w chrześcijaństwie to Bóg dokonał wszystkiego i „naśladowanie go” ma tu zupełnie odmienne oblicze; jednakże chrześcijanin w czasie świętym aktywnie zwraca się do Boga jako tego, który nadaje życiu i bytowi niepodważalne znaczenie:

Człowiek religijny odczuwa potrzebę okresowego zanurzania się w owym czasie sakralnym i niezniszczalnym. Dla niego to właśnie czas sakralny umożliwia istnienie innego, zwykłego czasu, świeckie trwanie, w którym dokonuje się cała ludzka egzystencja. To wieczny czas teraźniejszy wydarzenia mitycznego umożliwia świeckie trwanie wydarzeń historycznych. (…) błędne byłoby mniemanie, jakoby człowiek religijny (…) odmawiał przyjęcia odpowiedzialności za istnienie autentyczne. Wprost przeciwnie (…). (…) chęć reintegrowania czasu początków to zarówno chęć odnalezienia obecności bogów, jak odzyskania świata mocnego, świeżego i czystego (…). Jest to zarazem głód sacrum i tęsknota za bytem. W planie egzystencjalnym doświadczenie to wyraża się w przekonaniu, że można okresowo rozpoczynać życie od nowa z wszelkimi możliwymi szansami[3].

Wyniki niniejszych badań podsumować można następująco: dla wierzących chrześcijan Wielki Post przygotowuje i prowadzi do świąt Zmartwychwstania, których przesłanie jest właśnie takim cyklicznie powtarzającym się wezwaniem: możesz rozpocząć swoje życie od nowa – z nieskończoną szansą na wieczność.

 

Artykuł powstał w ramach Laboratorium Antropologicznego – zajęć Zakładu Teorii i Historii Kultury Uniwersytetu Śląskiego

 


[1] R. Kasimow, Poetyka karnawału i obrzędów przejścia, tłum. B. Chmielewska, “Polska Sztuka Ludowa. Konteksty” 2002, t. 56, z. 3–4, s. 139–140.

[2] Por. E. Nowicka, Świat człowieka – świat kultury, wyd. 7, PWN, Warszawa 2007, s. 76.

[3] Ewangelikalizm – ponadwyznaniowy nurt w pobożności i teologii protest., powstały na przeł. XVII i XVIII w. Nazwa ewangelikalizm, pochodząca od ang. evangelical, nawiązuje do pojęcia Ewangelii. Identyczną etymologię mają także pojęcia „ewangelicki” (np. niem. evangelisch) — tradycyjne określenie Kościołów wywodzących się z reformacji XVI w., oraz „ewangeliczny” — synonim zgodności z nauką i etosem propagowanymi przez biblijne Ewangelie, a szerzej — Nowy Testament (np. wartości ewangeliczne). Mimo zgodności etymologicznej, obecnie odróżnia się ewangelikalizm od ewangelicyzmu, ewangeliczności, ujmując ewangelikalizm (np. niem. evangelikal) jako określenie specyficznego prądu w protestantyzmie. Zob. [26] Religia. Encyklopedia PWN, PWN, Warszawa 2003.

[4] W.J. Burszta, Różnorodność i tożsamość. Antropologia jako kulturowa refleksyjność, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2004, s. 78.

[5] W. Dudzik, Karnawały – święta, zabawy, widowiska, “Polska Sztuka Ludowa. Konteksty” 2002, t. 56, z. 3-4, s. 102-103.

[6] Por. W. Dudzik, Karnawały w kulturze, Wyd. Sic!, Warszawa 2005, s. 43-44.

[7] W. Dudzik, Karnawały…, dz. cyt., s. 103.

[8] K. Kaczko, Doroczne zwyczaje i obrzędy, w: Ludowe tradycje. Dziedzictwo kulturowe ludności rodzimej w granicach województwa śląskiego, red. B. Bazielich, Muzeum Śląskie w Katowicach, Wrocław–Katowice 2009, s. 192.

[9] A. Kiełkowski, Obrzędy, obyczaje, zwyczaje, Narodowa Oficyna Śląska, Zabrze 2009, s. 20–21.

[10] Istotne jest tu skojarzenie z obrzędami przejścia Arnolda van Gennepa – karnawał byłby zatem fazą marginalną – „poza rolami społecznymi” i przed osiągnięciem wtajemniczenia – czyli inaczej fazą liminalną, o której pisał też Victor Turner, omawiając specyfikę communitas, antystruktury społecznej typowej właśnie dla szeroko rozumianego zjawiska karnawału.

[11] R. Hryń-Kuśmierek, Rok Polski. Zwyczaje i obrzędy, wyd. „Świat Książki”, Warszawa (b.r.), s. 31.

[12] J. Szymik, Doroczne zwyczaje i obrzędy na Śląsku Cieszyńskim, Polski Związek Kulturalno-Oświatowy w Republice Czeskiej, Czeski Cieszyn 2001, s. 76.

[13] B. Ogrodowska, Polskie obrzędy i zwyczaje doroczne, wyd. 4, wyd. “Sport i Turystyka – Muza”, Warszawa 2009, s. 114.

[14] Tamże, s. 110–112.

[15] Tamże, s. 112.

[16] J. Pośpiech, Zwyczaje i obrzędy doroczne na Śląsku, Instytut Śląski, Opole 1987, s. 150.

[17] J. Szymik, Doroczne…, dz. cyt., s. 77.

[18] Por. B. Ogrodowska, Polskie…, dz. cyt., s. 116-117.

[19] Por. K. Kaczko, Doroczne…, dz. cyt., s. 195.

[20] Por. M. Kiereś, Doroczna obrzędowość w społecznościach zróżnicowanych religijnie na pograniczu polsko-czesko-słowackim. Opis etnograficzny, Cieszyn 2007, s. 178.

[21] J. Szymik, Doroczne…, dz. cyt., s. 80–81.

[22] M. Kiereś, Doroczna…, dz. cyt., s. 180.

[23] R. Hryń-Kuśmierek, Rok…, dz. cyt., s. 34–35.

[24] „Od wczesnego rana była [Wielka Sobota] głównie dniem, w którym kończono gotowanie, smażenie i pieczenie – przyrządzanie potraw na największe święto w roku. Przede wszystkim zaś pieczono ciasta obrzędowe, na które obowiązkowo składał się domowy chleb z pszennej mąki, dalej tzw. szołdra oraz baranek z biszkoptowego ciasta. Szołdrę, zwaną tutaj zależnie od okolic także murzinym, plecownikym lub pecynkym, piekło się (…) wyłącznie z chlebowego ciasta, w którym zapiekano wędzonkę, wędzony boczek, białą kiełbasę, ale także wędzoną słoninę (…). Szołdry, bo zwykle piekło się ich więcej, nieraz zaopatrywano w karteczki z wypisanymi imionami domowników, głównie zaś dzieci, by przy podziale tego smacznego ciasta z mięsem nie dochodziło do kłótni. Ciasto bowiem, szczególnie w środkowej części, było znakomite, a do skrowków (krajów) jakoś nikt się nie kwapił”. Zob. J. Szymik, Doroczne…, dz. cyt., s. 91–92.

[25] D. Simonides, Najpiękniejsze zwyczaje i obrzędy górnośląskie, Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Katowicach, Katowice 1995, s. 33–34.

[26] Religia. Encyklopedia PWN, red. nauk. T. Gadacz, B. Milerski, PWN, t. 9, Warszawa 2003, s. 411–412.

[27] B. Ogrodowska, Zwyczaje, obrzędy i tradycje w Polsce. Mały słownik, Wydawnictwo Księży Werbistów „Verbinum”, Warszawa 2000, s. 243–244.

[28] Z. Kupisiński, Religijność ludowa okresu wielkiego postu w Opoczyńskiem, w: Studia etnologiczne i antropologiczne, t. 3: Religijność ludowa na pograniczach kulturowych i etnicznych, red. I. Bukowska-Floreńska, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 1999, s. 46–47.

[29] J. Keller (i in.), Zwyczaje, obrzędy i symbole religijne, wyd. „Iskry”, Warszawa 1974, s. 467–468.

[30] M. Eliade, Czas święty i mity, tłum. A. Tatarkiewicz, w: Antropologia kultury. Zagadnienia i wybór tekstów, wstęp i red. A. Mencwel, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2005, s. 105–107.

Bibliografia:

W.J. Burszta, Różnorodność i tożsamość. Antropologia jako kulturowa refleksyjność, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2004.

W. Dudzik, Karnawały – święta, zabawy, widowiska, „Polska Sztuka Ludowa – Konteksty” 2002, t. 56, z. 3-4.

W. Dudzik, Karnawały w kulturze, wyd. Sic!, Warszawa 2005.

M. Eliade, Czas święty i mity, tłum. A. Tatarkiewicz, w: Antropologia kultury. Zagadnienia i wybór tekstów, wstęp i red. A. Mencwel, Wyd. Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2005.

R. Hryń-Kuśmierek, Rok Polski. Zwyczaje i obrzędy, wyd. „Świat Książki”, Warszawa (b.r.).

K. Kaczko, Doroczne zwyczaje i obrzędy, w: Ludowe tradycje. Dziedzictwo kulturowe ludności rodzimej w granicach województwa śląskiego, red. B. Bazielich, Muzeum Śląskie w Katowicach, Wrocław-Katowice 2009.

R. Kasimow, Poetyka karnawału i obrzędów przejścia, tłum. B. Chmielewska „Polska Sztuka Ludowa – Konteksty” 2002, t. 56, z. 3-4.

J. Keller (i in.), Zwyczaje, obrzędy i symbole religijne, wyd. „Iskry”, Warszawa 1974.

A. Kiełkowski, Obrzędy, obyczaje, zwyczaje, Narodowa Oficyna Śląska, Zabrze 2009.

M. Kiereś, Doroczna obrzędowość w społecznościach zróżnicowanych religijnie na pograniczu polsko-czesko-słowackim. Opis etnograficzny, Cieszyn 2007.

E. Nowicka, Świat człowieka – świat kultury, wyd. 7, PWN, Warszawa 2007.

B. Ogrodowska, Polskie obrzędy i zwyczaje doroczne, wyd. 4, wyd. „Sport i Turystyka – Muza”, Warszawa 2009.

B. Ogrodowska, Święta polskie – tradycja i obyczaj, wyd. „Alfa”, Warszawa 1996.

B. Ogrodowska, Zwyczaje, obrzędy i tradycje w Polsce. Mały słownik, Wydawnictwo Księży Werbistów „Verbinum”, Warszawa 2000.

J. Pośpiech, Zwyczaje i obrzędy doroczne na Śląsku, Instytut Śląski, Opole 1987.

Religia. Encyklopedia PWN, red. nauk. T. Gadacz, B. Milerski, t. 9, PWN, Warszawa 2003.

D. Simonides, Najpiękniejsze zwyczaje i obrzędy górnośląskie, Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Katowicach, Katowice 1995.

Studia etnologiczne i antropologiczne, t. 3: Religijność ludowa na pograniczach kulturowych
i etnicznych
, red. I. Bukowska-Floreńska, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 1999.

J. Szymik, Doroczne zwyczaje i obrzędy na Śląsku Cieszyńskim, Polski Związek Kulturalno-Oświatowy w Republice Czeskiej, Czeski Cieszyn 2001.

Grafika: Pieter Brueghel the Elder (1526/1530–1569) [Public domain], via Wikimedia Commons

Katarzyna Szkaradnik – studentka polonistyki i kulturoznawstwa na UŚ, mieszkanka Ustronia, miłośniczka Śląska Cieszyńskiego. Zajmuje się adiustacją tekstów, a interesuje hermeneutyką literacką, filozofią XX wieku i psychologią społeczną.