szarada

‘Szarada’ nie należy do słów dowolnych. Jej znaczenie semantyczne prowadzi przez trakt, wymagający powstania specyficznych warunków, by mogła stać się znakiem rzeczywistym. Zanim jednak to nastąpi, trzeba zaznaczyć, że ‘szarada’ jest ufundowana na kategorii mitu.

Zgodnie z tym jak powiadał Roland Barthes, mit nie mógłby być przedmiotem, pojęciem lub ideą, gdyby nie został naznaczony swoistym sposobem znaczenia i formą. Stąd ‘szarada’ z początku traktowana była jako nazwa gry, w której podejmowano próbę zgadnięcia danego słowa lub aktów, za które odpowiedzialny był przeciwnik. Współcześnie zarówno jej znaczenie i forma uległy diametralnej zmianie. ‘Szarada’ wyznaczyła w swojej formie granice użycia. Nie są to jednak warunki – rozumiane jako rodzaj determinantów, które przyczyniły się do stworzenia bądź podważenia określonego wcześniej systemu semantycznego czy semiologicznego ‘szarady’. Mowa tu o warunkach stosowności, które wyznaczyło społeczeństwo. W efekcie nastąpił znany przez Barthesa mechanizm – w którym to każdy przedmiot bądź słowo może przejść z istnienia zamkniętego, niemego w stan podatny na zawłaszczenie przez społeczeństwo w postaci mowy, aktu[1] bądź znaku. Dlatego też ‘szarada’ przeszła w stan definicji, a raczej etykietki określonej mianem – pustego, zwodniczego a nawet symulowanego aktu lub znaku reprezentującego zagadkową przestrzeń, dramatyczny akt, czy szeroko pojętą zawiłość w poruszaniu się po przestrzeni literalnej, antropologicznej a nawet miejskiej.

Miasto, niewątpliwie w porządku percepcji szarady jest tym, co ujmuje kategoryczne tworzywa i schematy, które wciągają przechodnia w grę. Zgodnie z założeniami semiologii to słowo jest komunikatem. Oczywiście może często nie mieć ustnego charakteru, może zatrzymać się zarówno w formie przedstawienia czy formie pisanej. Dowolna materia – jak podkreśla Barthes – jest arbitralnie obdarzona znaczeniem. Stąd ‘szarada’, którą podejmuje w mieście przechodzień jest czymś więcej niż tylko grą. ‘Szarada’ jako komunikat przekształca się raczej w figurę retoryczną, znaną z łaciny – pars pro toto. Zatem jest nazwą przedmiotu, która często zastępuje nazwę swojej części (tu : gra, symulacja), jak i części przedmiotu – gdzie w tym wypadku jest nim teren i przestrzeń miejska. W tak rysującym się punkcie można sądzić, że miejska szarada jest bytem doskonałym – a nawet więcej – bytem niekończącej się zabawy. Jednak czy na pewno?

Jeśli słowo jest komunikatem (tu: szarada) i może przybrać formę przedstawienia (tu: miasto), to po głębszej analizie można stwierdzić, że dzisiejsze miasta są raczej ślepą uliczką i pułapką w którą wpadają mieszkańcy. Co więcej, ‘pułapką’ – ‘szaradą’ w dosłownym sensie.

Miasto, które interesuje mnie jako przedmiot rozważań – to Katowice. Podejmując dyskurs ‘szarady’, należałoby zaznaczyć początek jej miejsca. Nie mniej jednak, podobnie jak badanie słowa było dla Barthesa w rzeczywistości tylko fragmentem szerokiej nauki o znakach, tak w miejskiej przestrzeni szarady określenie celowego punktu stanowi tylko pewien fragment całości. Zatem narzędziem, które posłuży mi w przyjęciu precyzyjnej perspektywy badawczej będzie antropologia punktu. Jak potwierdza w swojej rozprawie[2] Aleksandra Kunce – antropologia punktu jest w dużej mierze próbą zwymiarowania namysłu w punkcie, mierząc ją od punktu do punktu. A najważniejsze – zaznacza ona zarówno punkty szczególne i orientujące, jak i te krańcowe. Jednak to co w owej perspektywie badawczej pozwoli na przeanalizowanie problemu w jego specyfice to- spojrzenie punktowe, które bez względu na badany obszar rozczyta proponowane przestrzenie.

Znane badania antropologii terenowej, odnoszącej się do dziedziny z zakresu antropologii miasta zdążyły zdefiniować w mieście punkt orientacyjny – centrum. Przestrzeń ta w szczególny sposób ”posiada” miasto, a nawet więcej skupia i utrwala. To właśnie w niej i od niej roz(chodzą) się i od(chodzą) punkty[3] prowadzące mieszkańca swoistym traktem doświadczenia miejskości oraz – punkty poddające się interioryzacji również na inny sposób – w którym jak pisze Tadeusz Sławek[4] –”centrum” wchłonięte przez mój organizm i zapamiętane sprawia, że staję się jakby monumentem, pomnikiem, piramidą, w której przechowuję obraz miasta gotowy w każdej chwili do przywołania. W kategoriach derridiańsko – freudowskich peryferia jest przykładem spełnionej procedury opłakiwania i żałoby, w której “pochłaniam, asymiluję, idealizuję, interioryzuję zmarłego”; “centrum” sprawia, że miasto przebywa we mnie niczym zmarły w swojej krypcie, którą stanowi moja pamięć i moje ciało.

Definicje, czy próba charakterystyki ”centrum” miasta nie wspominają w dość konsekwentny sposób o rynku miasta.

Ta zapomniana, a nawet więcej pomijana w badaniach nad topografią miast przestrzeń jest dla mnie punktem skupiającym niniejsze rozważania.

Każde miasto ma w centrum prawdziwy rynek, jednak Katowicki rynek całkowicie odbiega od zapisanego mentalnie stereotypowi w wyobrażeniu miejskiego rynku.

Można sądzić, że jest to spowodowane specyficznym rozłożeniem topografii przestrzennej Katowic. Bez wątpienia, Katowice posiadają klimat, ale nie konstytuuje go jak w większości miast zwarta dzielnica, tylko paradoksalnie nieograniczony, rozbijający się wzdłuż i wszerz, poprzerzynany torami tramwajowymi rynek. Taka wizja budzi kontrowersje w obcych przechodniach, a tym bardziej w turystach, którzy doświadczają Katowic i próbują okiełznać ich daleko odbiegającą od stereotypów ”swojskość”. Jednak czym jest lub jak określić współcześnie stereotyp klasycznego miasta z rynkiem? Jeśli przyjąć taką perspektywę rozważań za kolejny punkt, to przykładowe miasto określałaby zwartość, przestrzeń odgrodzona kształtem koła, co wskazywałoby na charakterystyczną centralność rynku z odnogami uliczek, od których z kolei odchodzą kolejne i figurują jako drobne przecznice skupiające się w główną ulicę. Z centralnej ulicy mieszkaniec z łatwością powinien dostrzec przestrzeń zagospodarowaną w park, pocztę, plac zabaw i bliski rynkowi kościół. W kontraście do takiego obrazu miasta z rynkiem – Katowice przypominają raczej metropolie na miarę Nowego Jorku. Mieszkańcy oblegają i przechodzą przez przestrzeń rynku, ale nie zatrzymują się w niej. Katowicki rynek to bardziej dystrykt[5], który stanowi o ruchliwości miasta, a nie jak w przypadku klasycznego miasta z rynkiem o stabilności. Dla większości mieszkańców starych miast ufundowanych na planie rynku w kształcie idealnego koła – stabilność ta objawia się znacząco w poczuciu tego, co stałe i niezmienne w ich mieście oraz w nadziei, że kiedy wejdą w miejską przestrzeń będą mieli dokąd pójść.

Dokąd? Odpowiedź jednoznaczna do rynku. I choć tak usankcjonowany rynek miast rodzinnych, miast starych wydaje się być niczym nadzwyczajnym. Nawet więcej – krytycznie można by rzec, że to kawałek obrysowanego terenu, który można obejść w nie dłużej jak w pięć minut i usiłując krzyżować sobie do niego drogę – wciąż tam powracać. To jednak najważniejszą jego funkcją jest to leniwe podejście, że właśnie do rynku i z rynku prowadzą wszystkie drogi. Przechodząc wąską uliczką nie umyka przekonanie i poczucie w mieszkańcu, że wybrana przez niego uliczka skończy się jasną, otwartą przestrzenią. Przestrzenią spotkania.

Jednak pomimo ujęcia punktów brakujących Katowickiemu rynku, nie można mu odebrać sentencji – że nie jest miejscem spotkania. Bezwątpienia jest i będzie, paradoksalnie świadczy o tym wpisana w rynek i jego charakter pragmatyka, którą określiłabym mianem walkable community. Katowicki rynek to przestrzeń, która wyraża i jednocześnie narzuca moment przejścia – z jednej strony można by je nazwać walk on space – a zatem przestrzeń, w której mieszkaniec Katowic znajduje się jedynie epizodycznie oraz z drugiej strony – walk over space- przestrzeń relatywna, umożliwiająca mieszkańcom przedostanie się na drugą stronę. Taka perspektywa sprawia, że Katowicki rynek jest przestrzenią szarady.

W efekcie mieszkańcy uczestniczą w przestrzeni, która narzuca im stan ‘kluczenia’ wzdłuż i wszerz, aż do momentu znalezienia się przez nich w punkcie do którego starali się zmierzać. Stan ten całkowicie rozrywa jednorodność miejskiej przestrzeni. Co więcej, znajdujące się w obrębie rynku miejsca, rozstrzygają o istnieniu ładu przestrzennego. A raczej – budują jego iluzję, gdyż istotą owego ładu jest najważniejszy środek – rynek będący – z jednej strony materią o niezwykłej gęstości oraz – z drugiej strony – kontrapunktem miasta, którego nie da się przewidzieć. Moment zbliżania się do rynku w Katowicach określa podejrzana wątpliwość. Jego okazałość można uznać za punkt, który nie tylko zdaje się pozornie skupiać przechodniów i mieszkańców, którzy jedyne co odczuwają w tym momencie to chęć bycia gdzie indziej – świadczą o tym tramwajowe postoje, które przeniosą mieszkańca natychmiast w inną dzielnicę – ale też punkt wyznaczony przez topografię ufundowaną z kolei przez obecność starych budynków – molochów.

 

Kierunek ‘szarady’?

Rekonstrukcje przestrzeni miejskiej dawnych wieków powinny wykraczać poza standardy socjotopografii oraz podążyć za sposobami doświadczania przestrzeni, zapisanych w licznych relacjach anachronicznych. Można sądzić, że tylko w ten sposób można podjąć próbę odpowiedzi na pytanie o to czym, było centrum dla mieszkańców Katowic i na jakich ewentualnych płaszczyznach funkcjonowało, biorąc pod uwagę nie-centralny rynek. Ciekawym punktem, który ogniskuje obserwację związaną z rekonstrukcją rynku w Katowicach jest nieistniejąca już, zabytkowa ulica Skośna.

Ulicę tę można określić jako punkt – arche Katowickiego rynku. Zgodnie z tym jak pisze Aleksandra Kunce[6] – punkt pozornie daleko jest od tego, co stanowi zasadę rzeczy, co jest rzeczywistością niezmienną, co jest physis, czyli naturą, rzeczywistością pierwszą i podstawową, myślenie o arche to myślenie o tym, z czego się rzeczy wywodzą, dzięki czemu są, w co się rozpadną. Zatem można uznać, że ulica Skośna była punktem otaczającym do pewnego stopnia kontury rozbitego rynku. Według źródeł odwołujących się do historii Katowic – ulica Skośna była uznana za łącznik ulicy Zamkowej (aktualnie ul. Korfantego) z ulicą Adama Mickiewicza, okrążała ona rynek od strony północno-zachodniej. Ulica Skośna istniała do lat sześćdziesiątych XX –go wieku, jednak pomimo jej wyburzenia obecnie, w miejskiej szaradzie Katowic można dalej poruszać się po dzielnicach – choć rozproszonych, to jednak stanowiących linię na miarę okręgu rynku. Oś ta obejmuje ekspansywnie najbardziej zurbanizowane siedziby miejskie – Sejm Śląski, Muzeum Śląskie, czy szereg instytucji lokalnych i międzynarodowych. Można sądzić, że nie istniejąca – ulica Skośna do dziś jest swego rodzaju punktem oparcia, który pozwala na systemowe ustalenie granicy miejskiej szarady. Pomimo tego, że wydaje się ona pozornie osią – a zatem czymś, co ma skupiać i zbierać punkty docelowe, to również jest tym, co rozprasza, buduje wizję rynku w pozytywnym rozumieniu – przestrzeni marginalnej, a nawet odwołując się do terminologii Jacquesa Derridy – przestrzeni kłącza, gubienia się.

 

Miast-o-ptyka

Można sądzić, że jest kwestią naturalną, wybieranie przez przechodnia drogi, która przypomina linię prostą lub oś i doprowadzi go do punktu docelowego, w możliwie najkrótszy i najszybszy sposób. Paradoksalnie ilość splątanych w obszarze Katowickiego rynku przecznic i skośnych uliczek tworzy mimo wszystko pewnego rodzaju symetrię. Otoczenie rynku odpowiada bowiem szlachetności budowli – domy handlowe (między innymi Dom Handlowy „Skarbek”; architektoniczny relikt z czasów PRL), odsłania przestrzeń podejścia do rynku, nadaje całości wygląd, który sprzyja poczuciu swojskości. Obecne przy katowickim rynku znane mieszkańcom budynki, choć już anachroniczne to właśnie one nie pozbawiły Katowic różnorodności. Dwa zmurszałe, PRL’owskie domy handlowe stanowią na rynku fundament dwóch najbardziej charakterystycznych punktów, nie tyle architektonicznych, co orientujących przestrzeń Katowic. Co więcej, fascynujący jest fakt, że pomimo realizowanego w 2008 roku projektu o całkowitej „odnowie” domu handlowego „Skarbek”, budynek wciąż pozostał pstrokatym, oklejonym reklamami niezmiennym punktem. Po 42-u latach dom handlowy w założeniu pomysłodawców miał zostać „uwspółcześniony”, wielka chropowata bryła miała przybrać kształt czegoś na miarę „szklanego domu”. Początkowo idea stworzenia efektu przezroczystości miała objąć cały budynek, jednak w czasie remontu wymieniono część frontowych okien i wstawiono windę o bryłowatym, szklanym kształcie. Ostatecznie, nawet jeśli pomysł stał się czymś w rodzaju niedokończonego projektu, to w pozytywnym znaczeniu – dokończył on (w znaczeniu uzupełnił) sens odstręczającej bryle.

 

Śmierć ulic?

Sposoby porządkowania i doświadczania miejskiej przestrzeni są nad wyraz różne. Odmienność ta jest ufundowana na niekończącym się procesie ustalania i klarowania społecznej stratyfikacji miejskiego obszaru. Historia urbanistyki w większości przypadków określa takowe stratyfikacje w kategoriach – mentalnych schematów percepcji przestrzeni, narratywizacji przestrzeni, waloryzacji przestrzeni, ale też co nie dziwi współcześnie – pewnego porządku dyskursu przestrzeni miasta. Ten ostatni aspekt wydaje się być szczególnie intrygujący w kontekście Katowickiego rynku.

Próba zbadania faktu – że Katowice nie posiadają typowego rynku wyzwala przenikliwą dezorientację. Dla mieszkańca Katowic uświadomienie sobie tej sytuacji jest swego rodzaju utopią. Jako stały bywalec katowickich ulic, włączył się on w ruch rozprzestrzeniającej się na wskroś dezorientacji, a dodatkowo zgodnie z jej rytmem przestał się zastanawiać nad sposobem uczestniczenia w przestrzeni rynku. Jednak im bliżej się temu przyjrzeć, to zarówno przechodzień jak i mieszkaniec musi nauczyć się renegocjować na nowo system urbanistycznej lokomocji. W efekcie sygnalizuje się tutaj główny problem – rynek przestaje być miejscem dla przechodniów, mieszkańców, obcych, turystów czy włóczęgów, a staje się – przestrzenią, w której namnażają się tramwaje i samochody. Rezultatem tej zachwianej równowagi jest zjawisko wyeliminowania przechodnia i zastąpienie przestrzeni – i tak już nie foremnego rynku – tymi, którzy mogą prowadzić. Jest to swoisty dramat, gdyż katowicki rynek powinien być tym punktem przestrzeni, której się doświadcza na różne sposoby, ale z dominacją momentu (prze)chodzenia go. Katowicki rynek powinien rządzić postrzeganiem owej przestrzeni swoimi budowlami, ulicami, placami – bo to właśnie tam zostają odegrane mniej lub bardziej dramatyczne akcje szarady, które w dużej mierze inscenizowane są przez otoczenie i miejską rzeczywistość.

Katowice jako miasto pełne znaków i zadań do rozwiązania w szaradzie z jednej strony ponosi konsekwencje braku posiadania rynku, który byłby kształtnym centrum, z drugiej strony modyfikując to znaczenie paradoksalnie przynosi nowe.

 

Urbs Significans[7]

Absencja ’środka’ katowickiego rynku jest oznaką obecności pasażu, który ma prowadzić z punktu do punktu ulic. Ponadto jest również tym, co dystynktywnie świadczy o radykalnie charakterystycznej cesze modernistycznych Katowic.

Można sądzić, że gdyby miejska szarada była pozbawiona znaków, zakwestionowałaby katowicki paradoks, który określiłabym mianem równowagi bez równowagi. Choć brzmi to tautologicznie, to jednak jest ono uzasadnione. Odwołując się do Barthesa, z pewnością można mu przypisać rację. Jak pisał – uciekamy się do tautologii wtedy, kiedy nie potrafimy czegoś dostatecznie wyjaśnić albo gdy popadamy w strach, złość, smutek; wtedy przypadkowy niedobór języka magicznie utożsamia się z tym, co jest uznawane za naturalny opór przedmiotu. W tautologii zawiera się podwójne morderstwo: zabija się racjonalność, bo ona stawia opór oraz zabija się język, bo on zdradza. W efekcie, jak powiada Barthes – tautologia jest omdleniem, które przychodzi w porę, jest zbawienną afazją. Dlatego stwierdzenie ‘równowaga bez równowagi’ zachowuje autorytatywny argument. Zakłada pewien zbiór praw ‘miejskich’, które współgrają z katowicką szaradą znaków i znaczeń przestrzeni.

Produkcja znaków, czymkolwiek by dla mieszkańca Katowic, czy obcego przechodnia nie była, warunkuje oswojenie miejskiej rzeczywistości. Od momentu nałożenia na miejską siatkę – znaczeń, obcość i nieprzychylność zostaje wyeliminowana. Wytwarzanie i posługiwanie się w szaradzie coraz większą ilością znaków jest z jednej strony, przede wszystkim szansą pewnej wolności wobec niepokojącej natury miasta, z drugiej – jak powiadał Barthes, niesie ze sobą ryzyko głębokiej alienacji, w którą człowiek wpada nie panując nad nadwyżką wyprodukowanych przez siebie znaków-punktów. Jednak gdyby przełożyć sentencję Barthesa na grunt katowickiego rynku, można sądzić, że nie jest ona do końca współmierna, bo choć w ufundowanej przezeń szaradzie bezwzględnie dominują punkty i styczne, które w poruszaniu się warunkują alienację, odbieraną w pełni niepewności. Gdyby było inaczej – to niemożliwe stało by się określenie katowickiego rynku miejscem równowagi bez równowagi. To właśnie, ta niemożność uchwycenia rynku w perspektywę idealnego koła stanowi o szali całego miasta. Katowice w taki sposób realizują jeden z najbardziej modernistycznych planów architektury dekonstruktywnej.

 


  1. Aktu – w znaczeniu zarówno reakcji fizycznej, słownej, czy mentalnej oraz aktu mowy zgodny z teorią Austina.
  2. A. Kunce, Antropologia punktów. Rozważania przy tekstach Ryszarda Kapuścińskiego, Katowice 2008.
  3. Punkty odchodzące – w znaczeniu “odnogi” i kłącza.
  4. T. Sławek, Akro/Nekro/Polis, Akro/nekro/polis: wyobrażenia miejskiej przestrzeni, w: Pisanie miasta. Czytanie miasta, red. A. Zeidler-Janiszewska, Studia Kulturoznawcze t.9, Poznań 1997.
  5. District – w interpretacji webster’s dictionary ‘szczelina’.
  6. A. Kunce, dz. cyt., Katowice 2008, s.67.
  7. Urbs significans – miasto sygnifikacji.

 

Bibliografia:

R. Barthes, Mitologie, tłum. A. Dziadek, Warszawa 2000.

R. Barthes, L’aventure semiologique, Paryż 1985.

R. Barthes, Imperium znaków, tłum. A. Dziadek, Warszawa 2004.

A. Kunce, Antropologia punktów. Rozważania przy tekstach Ryszarda Kapuścińskiego, Katowice 2008.

T. Sławek, Akro/Nekro/Polis: wyobrażenia miejskiej przestrzeni, w: Pisanie miasta. Czytanie miasta, pod red. A. Seidler-Janiszewskiej, „Studia kulturoznawcze” t.9, Poznań 1997.

R. Domański, Miasto innowacyjne, Kraków 2000.

A. T. Simpson, Streets, Sidewalks, Stores and Stories. Narrative and Uses of Urban Space, w: Journal of Contemporary Ethnography, Vol. 29, Ohio University, 2000.

Magdalena Kłosińska - absolwentka Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych, obecnie studentka dziennych Studiów Doktoranckich na Uniwersytecie Śląskim. Asystent Opiekuna Koła Naukowego Filozofii Kultury, autorka m. in. publikacji w czasopiśmie badawczo-naukowym „Anthropos?” oraz „ArtPapier”. Szczególnie zajmuje ją tematyka związana z antropologią miasta i doświadczenia postindustrialnego.