MeninturnDlaczego człowiek biegnie, mimo że nikt ani nic go nie goni? Dlaczego – mimo, że ma do dyspozycji samochody, motocykle, rowery – często sam zmusza się do pokonywania w pocie czoła czasem mniejszych, czasem większych, niekiedy wręcz szalonych, odległości? Na miłość boską, po co biegamy? I dlaczego bieganie przynosi nam taką radość?

Całkiem niedawno moja siostra stwierdziła, że chce zacząć biegać. Rodzice, mimo swojej tolerancji dla naszych pomysłów, popukali się w głowy i z dezaprobatą wyrazili pogląd, żeby lepiej już poszła na basen, niż „ruszała z kopyta”. Swoją niechęć do pomysłu siostry argumentowali brakiem wydzielonych stref dla biegaczy, bo przecież chodnik jest dla pieszych, a nie dla biegających. Pojawił się także nieśmiertelny argument „co pomyślą sobie sąsiedzi?”. W ten oto sposób ziściło się przysłowie: „umarł w butach”. Wtedy jeszcze nie zastanawiałam się, jak siostra wpadła na ten irracjonalny pomysł, aby zacząć biegać. W jaki sposób ta niezwykła i szalona myśl mogła się narodzić w umyśle statecznej, dorosłej i ustabilizowanej osoby?

Postaram się odnaleźć odpowiedź na to pytanie, choć nie ukrywam, że może się to zakończyć fiaskiem. Warto jednak spróbować – w myśl zasady sportowej: „trening czyni mistrza”.
Jeszcze niedawno widok biegającego 40-latka, ba, widok kogokolwiek biegnącego (z pominięciem osób biegnących na autobus czy tramwaj), wywoływał co najmniej zdziwienie na twarzach obserwatorów. Osoba biegająca była nazywana szaleńcem, dziwolągiem, wariatem. Wielu biegaczy, zwłaszcza tych początkujących, skarżyło się, że w czasie biegu przechodnie czy kierowcy patrzą na nich z dezaprobatą, ze zdziwieniem i w każdym razie nie są to miny uznania[1]. Dziś taki widok już prawie nie dziwi, biegacze są coraz bardziej widoczni, ponieważ z roku na rok tworzą coraz liczniejszą grupę.

Zdaniem psychologa Janusza Czapińskiego, autora badań Diagnozy Społecznej, póki co możemy mówić jeszcze o „wielkomiejskiej modzie”. Na podstawie wyników badań stwierdził on, że prawdziwy „boom” na bieganie dopiero przed nami[2].
Do najpopularniejszych wśród Polaków aktywnych sposobów spędzenia wolnego czasu należy jazda na rowerze oraz pływanie na basenie[3].

Co da się zauważyć i jest charakterystyczne, moda na bieganie dotyczy coraz większej ilości miast, gdzie już teraz organizowane są z wielką pompą biegi na rożnych dystansach. Warszawa na przykład, na tle europejskich miast, wypada bardzo dobrze, a w ślad za nią idą inne polskie miasta. A zatem, jeśli się chce, to jest gdzie biegać – niekoniecznie wokół osiedla.

Pamiętam, jak w Nowym Jorku całe miasto było obwieszone ulotkami z informacją o utrudnieniach w związku z maratonem. U nas też jest już podobnie. Z roku na rok rośnie też liczba uczestników i – mam nadzieję – maleje liczba marudzących, że korki, że nie można przejść przez ulicę, a tramwaj stoi[4].

To, na co jeszcze zwraca uwagę Czapiński, to fakt, że nie wszyscy z takim optymizmem patrzą na biegaczy, zwłaszcza na tych, którzy startują w biegach zorganizowanych, podczas których zostają wyłączone z ruchu ulice miast. To niezadowolenie jest – jak twierdzi Czapiński – chwilowe. Młodzi uważają inaczej, często kibicują biegaczom, a kiedy staną się starsi, już nie będzie miał kto narzekać.

Jednym z przedstawicieli grupy narzekającej jest Dominik Zdort, dziennikarz „Rzeczpospolitej”, który w jednym ze swoich felietonów w prześmiewczy sposób porównuje „biegactwo” do religii. Autor jasno mówi, że nie biega i w dość niewybrednych słowach opisuje biegaczy, jako posiadaczy niezbyt subtelnej umysłowości.

drażni mnie to, że w ostatnich latach zostało ono wyniesione do poziomu religii. To już nie bieganie, to raczej „biegactwo”, którego uprawianie nie jest sportem, ale wyznacznikiem wiary. Znam niezmiernie zapracowanych ludzi, którzy nie mają czasu, aby raz w tygodniu spędzić w kościele trzy kwadranse, za to wstają codziennie przed świtem, aby pobiegać sobie przez dwie godziny[5].

Czarę goryczy autora przelał półmaraton, nomen omen, objęty patronatem jego pracodawcy. Pomijając samo naśmiewanie się z półmaratonu – jak twierdzi Zdort, nazwa ta została wymyślona dla tych, co nie są w stanie przebiec właściwego maratonu (tak na marginesie trzymam kciuki za biegających na takich dystansach) – autor ironicznie porównuje, że jak w każdej religii, tak i w „biegactwie” są święte przedmioty i obrzędowość. Drażni go zasłyszane „przechwalanie” biegaczy, kto na jakim sprzęcie biega, kto jakiej firmy ma odzież. Sam bieg to dla niego nic innego, jak reklamowanie firm i ich gadżetów. Dziennikarz przywołuje też pewne szczególne wydarzenie. W 1960 r., w czasie igrzysk olimpijskich w Rzymie, Etiopczyk Abebe Bikila zdobył złoty medal biegnąc bez butów. Otóż drogi Dominiku, nie wiem czy wiesz, ale istnieje tzw. „biegactwo naturalne”, które polega na bieganiu bez butów, lub w butach pięciopalczastych, bardziej przypominających zabawną skarpetkę niż obuwie do biegania[6].

To dopiero jest gadżet! Osobiście uważam, że jeśli ktoś lepiej się czuje w spodenkach z trzema paskami lub ptaszkiem niech sobie w takich biega, grunt, że podjął jakąkolwiek aktywności fizyczną, która jest w szerokich kręgach lekarskich (i nie tylko) uważana za pożyteczną dla zdrowia człowieka.

Moda na bieganie podoba się Jackowi Fedorowiczowi, satyrykowi, aktorowi, prezenterowi i biegaczowi – „Ludzie zrozumieli, jak ważny jest powrót do doświadczenia faceta, który gonił gazelę po sawannie. To powinno uchronić nasz gatunek przed degrengoladą”[7].

 

„Biegnij Forrest, biegnij!”

Bieganie to stały temat kultury audiowizualnej. Niemalże w każdym filmie ktoś biega, podbiega, truchta czy ucieka. Główni bohaterowie ściągają się ze sobą, czasem z przeciwnikami, przerażone tłumy ratują się ucieczką. Bohaterowie zyskujących w ostatnim okresie ogromną popularność filmów o zombie też biegną. Swoją drogą, ciekawe dlaczego biegną skoro zombie nie nie jest w stanie pokonać w szybkim tempie nawet najkrótszych dystansów. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że zombie przemieszcza się w ślimacząc się, oczywiście zgodnie z zasadą: każdy biegnie w swoim tempie. Zasada ta jednak powoli przestaje obowiązywać, ponieważ w ostatnim czasie dokonała się ewolucja gatunku – w niektórych filmach zmutowane zombie potrafią całkiem sprawnie biegać, szybko i zgrabnie polując na swoje jedzenie. Biegają też mniej lub bardziej wysportowani policjanci, biegają ratownicy, szczególnie ci na plażach. Któż z nas nie pamięta serialu Słoneczny patrol, gdzie już w pierwszych minutach dane było widzom zobaczyć biegnącą, w dość skąpym kostiumie kąpielowym, Pamelę Anderson (notabene aktualnie aktorka startuje w maratonach) czy nagi, opalony tors Davida Hasselhoffa?

Nie ukrywam, że mam dwóch ulubionych bohaterów – biegaczy filmowych. Numer jeden to Rocky Balboa, główny bohater filmu Rocky. Obraz ten otrzymał 3 Oskary: w kategoriach najlepszy film, najlepszy montaż oraz najlepszy reżyser. Rocky to klasyczny hollywoodzki przykład historii „od zera do bohatera”, bo tytułowy Rocky (grany przez fantastycznego Sylwestra Stallone), to bohater, który „zawsze miał jedną szansę na milion”. Ja uwielbiam Rocky’ego! Za jego determinację, nieludzki wysiłek, wolę walki, autentyczność. Aż łzy cisną się do oczu, kiedy rozbrzmiewa charakterystyczna trąbka mistrzowskiej, ponadczasowej kompozycji Billa Conti Going the Distance. Widzimy bohatera w dresie, w starych trampkach, w charakterystycznej czapce, biegnącego rano po mieście, a swój trening kończącego wbiegnięciem na legendarne już schody. Co prawda niemalże wszyscy biegacze powiedzą, że tak gruby dres, a tym bardziej trampki, to nie jest dobry pomysł, ale kto by się przejmował, skoro po tej chwili mamy ochotę założyć jakiekolwiek obuwie, jakikolwiek dres i wbiec po jakichkolwiek schodach (nawet jeśli miały by to być schody klatki schodowej naszego bloku). Nie wiem jak inni, ale ja marzyłam i wciąż marzę, aby kiedyś poczuć się jak Rocky w tamtej chwili.

Drugi mój ulubiony „filmowy biegacz”, to ogrodnik z Alabamy, Forrest Gump, który w swoim stylu, bo „miał ochotę pobiegać”, przebiegł bez przerw niemal całą Amerykę. Forrest co prawda bardziej wzrusza, niż zachęca do biegu, ale dzięki temu daje lekcję, że jeśli tylko się czegoś chce, wszystko jest możliwe. „Nawet, jak jesteś idiotą, staraj się nie być głupi”. I zadbaj o swoje zdrowie, jeśli możesz, chciałoby się dodać. Warto wspomnieć, że film otrzymał sześć Oskarów, w tym za najlepszy film, montaż, reżyserię, efekty specjalne, scenariusz adaptowany i za główną rolę męską – do tego Złoty Glob w kategorii najlepszy film dramatyczny.

Filmem, o którym także należy wspomnieć, kiedy mówi się o bieganiu są Rydwany ognia w reżyserii Hugh Hudsona z 1981 r. (nominowany w siedmiu kategoriach do Oskara, a nagrodzony czterema). Film ten oparty jest na prawdziwej historii – oto dwóch biegaczy przygotowuje się do startu w letnich igrzyskach olimpijskich w 1924 r. Tych dwóch to: Eric Liddell (grany przez Iana Charlesona) i Harold M. Abraham (Ben Cross). Pochodzą z różnych środowisk, mają różne motywacje. Obraz ten to przykład przezwyciężania swoich słabości i spełniania marzeń w szczególnym, angielskim, dżentelmeńskim stylu. Co rożni tę dwójkę biegaczy, a co sprawia, że film ten możemy nazwać arcydziełem? Liddell, przyszły misjonarz (ginie w końcu na misji w Chinach), biega „całym sobą”, za nic ma technikę, biegnie jakby wewnętrzna siła pchała go do przodu, szybko, coraz szybciej. Jest niemal nie do pokonania. Przy tym bieganie daje mu niesamowitą przyjemność i radość. Z kolei jego kolega, Abraham, biega technicznie, przykładając się do treningów i do poprawiania techniki biegu. Porażki są dla niego deprymujące, działają tym bardziej destrukcyjnie, że nie widzi efektów swojej pracy. Jest skupiony na celu: pokonać Liddella. Oto prosta historia zamienia się w piękną opowieść o zdrowej rywalizacji, współzawodnictwie i radości, jaką można uzyskać uprawiając sport. To właśnie z tego filmu pochodzi utwór Vangelisa (o tym samym tytule), który niemal wszyscy rozpoznają. Rozbrzmiewa on już w pierwszych minutach filmu, kiedy główni bohaterowie w towarzystwie swoich kolegów biegną przez wybrzeże w czasie angielskiej mżawki.

 

Dawno, dawno temu… za Morzem Śródziemnym gdzieś w okolicy gajów oliwnych

Przenieśmy się w czasy I Wojny Perskiej, do starożytnej Grecji, do 490 r. p.n.e., w okolice Aten, dokładnie do niewielkiej wioski Maraton. Wojska perskie, mimo zdecydowanej liczebnej przewagi, przegrywają walkę z Grekami. Ucieszony tym faktem Fejdippides przebiega 38 km do Aten, aby poinformować o tym swoich rodaków. Niestety umiera tuż po dotarciu na miejsce, jak można się domyślić – z wycieńczenia.

Dość długo maraton nie był włączany do dyscyplin olimpijskich, prawdopodobnie przez tragiczny koniec legendy.

zdawano sobie sprawę z niebezpieczeństw, które mogą być konsekwencją udziału w tym biegu zawodników nieodpowiednio przygotowanych. Organizatorzy przypuszczali, że dla większości biegaczy będzie to ekstremalna próba ciała i ducha, konfrontacja marzeń i realnych możliwości. Byli jednak pewni, że ten, kto wyjdzie z tej próby zwycięsko, zostanie absolutnym bohaterem igrzysk[8].

Bieg wydawał się trudny – dystans wręcz niemożliwy do pokonania. Jednak pod naciskiem Michaela Julesa Alfreda Breala, lingwisty francuskiego i współtwórcy semantyki, szef Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego baron Pierre de Coubertin w 1896 r. włączył biegnie na dystansie 38–40 km do dyscyplin igrzysk. Warto też dodać, że rok po tej decyzji odbył się pierwszy maraton w Bostonie, który organizowany jest do tej pory.

Dlaczego więc znany nam dystans maratonu wynosi 42,195 km? I jaki ma z tym związek królowa brytyjska? W 1908 r., kiedy igrzyska odbywały się w Londynie, dystans maratonu mierzył 41,84 km. Trasa, którą przygotowano w stolicy Anglii po zmierzeniu zwiększyła się o 352 metry. Linia startu została wyznaczona z pod pałacu Windsor, a linia mety na wysokości loży królewskiej na stadionie olimpijskim. Dzięki tej angielskiej uprzejmości i poszanowaniu królewskiej korony do dziś trasa maratonu to nie mniej i nie więcej, jak 41,195 km.

Najstarszym maratonem w rozumieniu cyklicznie organizowanej imprezy (nie w ramach olimpiady) jest wspomniany już bieg w Bostonie, który liczy sobie 117 lat, a start w nim jest marzeniem niejednego biegacza. Nie zniechęca nawet fakt, że uzyskane na nim wyniki nie są uznawane w światowych tabelach. Między innymi dlatego, że odległość między startem a metą mierzona wg linii prostej przekracza połowę dystansu maratonu, czyli 21,0975 km. A to dlatego, aby zawodnicy nie biegli cały czas „z wiatrem”. Z tego też powodu nie został uznany rekord z 2011 r. osiągnięty przez Kenijczyka Geoffreya Mutaia (2 godz 3 min i 2 sekundy)[9].

Kolejnym zorganizowanym biegiem na tym dystansie jest Maraton Fukuoka w Japonii, który po raz pierwszy wystartował w 1947 r. Doping w Japonii jest jednak dość „osobliwy” i dla przeciętnego Europejczyka może wydać się interesujący. Mimo tych różnic na tle kulturowym, a może dzięki nim, impreza cieszy się olbrzymią popularnością.

Japończycy nie kibicują jak Amerykanie, Brytyjczycy czy Włosi. Ich doping jest dostojny. Zamiast dzikich, radosnych wrzasków, tradycyjne tance w strojach ludowych (ewentualnie już trochę bardziej współcześnie, podskakujące dziewczyny z pomponami). Zamiast torby z gumisiami – wyciągnięte dłonie z kulkami ryżu. Ryż to węglowodany, czyli paliwo dla mięśni. To ma sens! Nie trasie nie było energetycznych batonów, do których jestem przyzwyczajona podczas europejskich biegów, tylko kwaśne suszone śliwki marynowane w miodzie[10].

Współcześnie organizuje się wiele imprez biegowych (na różnych dystansach), które oprócz propagowania aktywności fizycznej, są okazją do przeprowadzania zbiórek środków finansowych na różne cele. Do aktywnego spędzania wolnego czasu przyznają się również dziennikarze, aktorzy, piosenkarze, politycy oraz celebryci. I tak: Tomasz Lis startuje w triathlonach i maratonach (również w tych zagranicznych), kroku dorównują mu Tomasz Karolak i Piotr Adamczyk. Już na mniejszych dystansach można spotkać: Artura Rojka, Adama „Nergala” Darskiego, Romana Polko, Beatę Sadowską, Aleksandrę Kwaśniewską, Monikę Olejnik, Beatę Werner, Justynę Pochanke. Szacunek wśród biegaczy zdobył Jacek Federowicz (77 lat), który startuje w półmaratonach (bo ich nazwa brzmi już godnie[11]), startuje również na dystansach do 10 km, bo jak sam mówi, meta wydaje się na nich stosunkowo blisko. Przyznaje, że zaliczył też jeden maraton. Politycy nie zostają w tyle, począwszy od prezydenta USA Baracka Obamy, byłego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy, po byłego premiera Polski Donalda Tuska, który w 2011 r. ogłosił, że chce przebiec maraton (póki co, przygotowania trwają). Premier nie jest jedyną osobą uprawiającą ten rodzaj sportu wśród przedstawicieli rządu. Biegi na różnych dystansach nie są obce Wojciechowi Olejniczakowi, Grzegorzowi Kołodko czy Leszkowi Balcerowiczowi.
Pytanie – dlaczego ci wszyscy ludzie biegają – wciąż jednak pozostaje bez odpowiedzi.

 

Diagnoza: społeczny pęd do biegu

I nagle przychodzi taki dzień, że człowiek dowiaduje się, że wszyscy biegają. Pani Krysia, kasjerka ze sklepu, żona szefa, kolega szwagra, pani z telewizji, koleżanka męża (dla niektórych pań – z doświadczenia wiem, że ta specyficzna grupa „koleżanka męża” okazuje się szalenie i najmocniej mobilizująca, kiedy tchu brak na 5 kilometrze), a na spotkaniu ze znajomymi człowiek dowiaduje się, że jest w grupie tych nielicznych, którzy jeszcze nie mają butów do biegania i nie wystartowali w żadnym biegu! Świat zwariował. Postanowiłam zatem zapytać bliskich i dalszych znajomych – dlaczego wybrali bieganie? Czemu robią sobie taką krzywdę? Te wszystkie kontuzje, niebezpieczeństwa czyhające na drodze, narażanie się na niewybredne komentarze mijanych przechodniów. Po co?

Koleżanka A: Postanowiłam schudnąć. Postawiłam na cudowną Ewę Chodakowską. Wszyscy, to znaczy wszyscy na jej fanpage na Facebooku, byli zachwyceni, a te zdjęcia „przed” i „po”, łał! I zgodnie z jej zaleceniami jadłam, piłam, ćwiczyłam i ćwiczyłam, ale efekty były średnie, w zasadzie tylko ja je widziałam. Po pewnym czasie zabrakło mi motywacji i nie czułam się jakaś super po ćwiczeniach. I nie ukrywam, że jak zobaczyłam koleżankę, która biega krócej niż ja ćwiczyłam to się załamałam. Wypytałam ją jak biega, gdzie, czy ma jakąś dietę… Odnalazłam jakieś buty sportowe i pomyślałam „dobra, raz kozie śmierć”. Biegam na krótkich odcinkach, ale robię to kiedy chcę i nie ograniczam się żadną dietą i już są efekty. Poza tym faktycznie bieganie daje niezłego kopa!

Koleżanka B: Zaczęłam biegać, żeby nie powybijać całego świata! Byłam bardzo zestresowana, kłopoty w domu, w pracy, wszędzie! Zobaczyłam program w telewizji o bieganiu, że daje taki fun, kopa, no i spróbowałam. Biegam już dwa lata, robiąc wszystkie możliwe błędy, ale bieganie to jest to czas tylko dla mnie, przestaje myśleć o kłopotach, liczy się tylko ja i trasa. Umysł jakby się oczyszcza, taki przyjemny reset.

Podobnie o swojej motywacji mówią znane osoby.

Kuba Wiśniewski: Co Ci dało bieganie?

Beata Sadowska : Wielką satysfakcję z przełamywania siebie, wielką pokorę w obliczu przegranych, systematyczność w realizacji zadań, konsekwencję w dążeniu do celu .

Prof. Tadeusz Sławek: I ja jeszcze od 30 paru lat biegam te maratony, prawda i pewnie powoli trzeba będzie kończyć, bo natura wysyła różne sygnały. Ale to mi daje dużą satysfakcję, to mi daje dużą satysfakcje. Ona się jeszcze powiększyła, jeszcze od chwili kiedy od 6 lat mam psa, który jest psem biegającym, i jak się weźmie psa i pójdzie się z nim biegać, na przykład na Czantorię, no to to jest naprawdę taki rodzaj, ja nie chcę powiedzieć odprężenia, bo to jest rodzaj zmęczenia, ale to jest takie przeniesienie się w inny wymiar, że to mi daje naprawdę duże poczucie satysfakcji i wyobrażam sobie, że gdybym to musiał zakończyć, a pewnie natura nie będzie się mnie pytać, tylko zadecyduje za mnie, to to pewnie będzie dla mnie przykry moment[13].

I już na zakończenie: tak jak myślałam, nie ma jednej, prostej odpowiedzi na pytanie: dlaczego ludzie biegają? Każdy biegacz (czy to początkujący, czy maratończyk) ma inną motywacje oraz inne powody dla których biega. Ważne, że łączy ich chęć do robienia czegoś dla siebie. Bieganie jest sportem stosunkowo tanim, jedyny w zasadzie koszt, to koszt dobrych butów. Nie trzeba z nikim się umawiać czy rezerwować sali.

Wielu lekarzy różnych specjalności zgodnie przyzna, że ruch to zdrowie. Bieganie pozytywnie wpływa na układ immunologiczny, wzmacnia układ krwionośny i nerwowy. Wbrew pozorom, nasze serce i płuca bardzo lubią, kiedy biegamy. Bieganie neutralizuje stres, a to dzięki temu, że wstrzymuje produkcję katecholaminy – substancji, która powoduje napięcie nerwowe. Automatycznie opada również poziom kortyzolu, zwanego potocznie hormonem stresu, w zamian wzrasta produkcja endorfin[14]. Lekarze są również zgodni, że dzięki bieganiu (lub podobnej aktywności fizycznej) jesteśmy w stanie załagodzić skutki depresji, jednego z poważniejszych zagrożeń XXI w., która może dotknąć każdego, bez względu na warunki społeczne, wiek czy płeć. Dr James Blumenthal z Duke University Medical Center udowodnił, że codzienne przebieżki, nawet te 30 minutowe, dają efekt porównywalny z tabletkami stosowanymi na to schorzenie. Lekarze są zgodni, że bieganie poprawia samopoczucie i podnosi samoocenę, daje również większą świadomość swojego ciała. Co ciekawe, bieganie pozytywnie wpływa na życie seksualne. Seksuolodzy zgodnie twierdzą, że może niekoniecznie oznacza to dłuższą przyjemność, ale z pewnością częstsza!

Ponoć z bieganiem jest jak z lekami: nie można ich wziąć ani za mało, ani za dużo, a zaaplikować sobie trzeba zawsze całe opakowanie – to chyba ukryta aluzja, by się nie poddawać. Nie należy rezygnować z treningów nawet wtedy, kiedy mamy mało czasu, bo jak ktoś kiedyś powiedział, każde 15 minut nasz organizm doceni i w swoim czasie nam wynagrodzi.

 


[1] Wypowiedź z forum, http://bieganie.pl/forum/viewtopic.php?p=213345&sid=cf7ec41456e90839d2af99765787a38b [dostęp z dnia: 12.10.2014].

[2] Diagnoza Społeczna 2013. Warunki i Jakość Życia Polaków, http://ce.vizja.pl/en/issues/volume/7/issue/3.1#art295 [dostęp z dnia: 12.10.2014].

[3] Diagnoza Społeczna 2013. Warunki…

[4] B. Sadowska, I jak tu nie biegać, Kraków 2014, s. 23.

[5] D. Zdort, Biegactwo i inne religie, http://www.rp.pl/artykul/1099644.html, [dostęp z dnia: 12.10.2014].

[6] M. Ostrowska-Dołęgowska, Bieganie naturalne: przykazania i przegląd butów, http://www.logo24.pl/Logo24/56,85830,11994018,_Bieganie_naturalne__przykazania,,2.html [dostęp z dnia: 12.10.2014].

[7] M. Czujko, JF minęło 50 odcinków, „Runner’s World” 2014, nr 7, 82.

[8] http://www.maraton.borys.win.pl/historia.html [dostęp z dnia: 12.10.2014].

[9] T. Łyżwiński, W poszukiwaniu nowych wyzwań, „Bieganie krok po kroku” 2014, nr 1, s. 80.

[10] B. Sadowska, I jak tu nie biegać…, s. 93.

[11] M. Czujko, JF minęło 50 odcinków, „Runner’s World” 2014, nr 7, s. 80.

[12] B. Sadowska, I jak tu nie biegać, wyd. Otwarte, Kraków 2014, s. 17.

[13] Transkrypcja ze strony: http://www.dailymotion.com/video/xbgce9_czym-w-wolnym-czasie-zajmuje-siy-pr_news [dostęp z dnia: 12.10.2014].

[14] Dla zdrowia i urody „Bieganie krok po kroku”, 2014, nr 1, s.30–35.

Bibliografia

Czujka M., JF minęło 50 odcinków, „Runner’s World” 2014, nr 7, s. 77–83.

Eichelberger W., Pawłowicz B., Życie w micie. Czyli jak nie trafić do raju na niby i odnaleźć harmonię ze światem,
Zwierciadło, Warszawa 2013.

Łyżwiński T., W poszukiwaniu nowych wyzwań, „Bieganie krok po kroku” 2014, nr 1, s. 80–81.

Mizera K., Bieganie jest proste, Buchmann Sp. z o.o., Warszawa 2014.

Murakami H., O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu, MUZA, Warszawa 2010.

Sadowska B., I jak tu nie biegać!, Znak, Kraków 2014.

Zasoby Internetowe

Zdort D., Biegactwo i inne religie, http://www.rp.pl/artykul/1099644.html

www.dailymotion.com/video/xbgce9_czym-w-wolnym-czasie-zajmuje-siy-pr_news

www.treningbiegacza.pl

www.polskabiega.pl

http://ce.vizja.pl/en/issues/volume/7/issue/3.1#art295

Agata Picheń – absolwentka kulturoznawstwa Uniwersytetu Śląskiego. Doktorantka w Zakładzie Estetyki Instytutu Nauk o Kulturze i Studiów Interdyscyplinarnych Uniwersytetu Śląskiego.