Mity_7Celem artykułu jest naświetlenie problemu dotyczącego „nazwania na nowo” kobiety, odrzucając wszelkiego rodzaju mity i stereotypy na jej temat. Autorka w nawiązaniu do teorii „płynnej nowoczesności” proponuje stworzenie na nowo definicji  kobiety.

Żyjemy w świecie, w którym na naszych oczach rozpadają się dobrze nam znane struktury, takie jak naród, państwo, rodzina, wspólnota. Wartości, które do tej pory były cenione, mają dla ludzi coraz mniejsze znaczenie, zmieniają się priorytety. Świat współczesny to z jednej strony kultura nasycenia, ale z drugiej głodu idei. A jak zauważył to w jednym z wywiadów Krzysztof Varga, idee są niezbędne do tworzenia epoki czy kształtowania pokolenia. Obecnie zauważyć można pewien paradoks: dostrzegamy nadmiar, lecz nie wiemy czego mamy za dużo, a czego nam brak.

Wbrew pozorom, przyszło nam, według mnie, żyć w czasach niepokoju i niestabilności, ponieważ nie wiemy czy to czas rozliczeń, przemian a może dokonywania się brutalnego przetasowania. Zmagamy się z problemami, z którymi nikt przed nami się nie zmierzył. Dodatkowo żyjemy w przeświadczeniu, braku wiedzy na temat tego, dokąd zmierzamy.

Brak nam pewności. Wierzymy (bo nic innego nam nie pozostało), że fundamenty jakie sobie stworzyliśmy są pewne, ale jest to tylko według mnie ślepa wiara. Jeden z publicystów „Gazety Wyborczej” tak opisuje specyfikę współczesności: „ [Jest to] płynna nowoczesność, w której nie ma dążenia, by tworzyć wielkie projekty nowego ładu. Nie ma też centrów władzy, które miałby siłę i chęć je urzeczywistniać. W zasadzie nie bardzo wiadomo, jak by mógł wyglądać świat alternatywny”[1].

Nic dziwnego, że w tym wszystkim ludzie szukają chodź namiastki czegoś pewnego, jakiejś wspólnoty, która da im poczucie bezpieczeństwa „jakie daje przyjaźń i bycie częścią czegoś większego. I to, że potem na wezwanie z Facebooka czy Twittera wychodzą na ulicę, jest kolejną fazą tych poszukiwań. Bo niezależnie od haseł, jakie się w tłumie rozlegają, już samo bycie w tłumie, synchronizacja ruchów, gestów, okrzyków przepędza na chwilę upiora osamotnienia, porzucenia, bezsiły”[2].

Aż chciałoby się wyjść na ulicę i krzyknąć: „Potrzebujemy nowego Przedwiośnia! Chcemy nowej Lalki!”. Nie dziwi zatem fakt, że jedno z pierwszych haseł promocyjnych walkmana brzmiało: „Nigdy więcej samotności”.

Zmagamy się z paradoksem, który polega na tym, że osoby w wieku 16–25lat, to najlepiej wykształcona część naszego społeczeństwa, a zarazem, i to jest ten paradoks, stanowią najliczniejszą grupę bezrobotnych. W przeszłości taka sytuacja nie miała miejsca. Zastanawiamy się zatem: Co z tym światem? Gdzie przyszło nam żyć? To wyzwala w nas poczucie z jednej strony zaniepokojenia, samotności, niezrozumienia, ale też siłę do szukania kogoś lub czegoś z czym możemy się identyfikować. Dla niektórych rozwiązaniem bywa założenie bloga, profilu na jednym z portali społecznościowych, które dają możliwość wyjścia z samotni, pokazania się, czy, jak powiedział Bauman „wystawienia się”, niczym towar za witryną sklepową, którą dziś zastąpił Internet.

W czasach kryzysu wartości, gdzie pewne elementy systemu musimy budować od nowa,  inne burzyć, jeszcze inne zaś modyfikować, konieczna wydaje się aktualizacja „wyobrażenia” kobiety. Relacja kobieta–mężczyna obrosła swoistą mitologią. Niektóre z mitów są już dziś nieaktualne, niektóre uległy modyfikacji. Kobieta ma w sobie cząstkę boskości, ponieważ Ewę stworzył Bóg. Nie ma bowiem nic bardziej świętego, niż możliwość dawania życia. Matka jest niejako istotą boską – rodzicielką, opiekunką wstawienniczą. Matka Natura, pani domowego ogniska. Wszystkie te stereotypy, przez dzieje obrosły kobietę.

Jako uczestnicy współczesnej kultury, możemy pozwolić sobie na spojrzenie z dystansu na przywary jakie przez wiele lat zdążyły przylgnąć do kobiety, na tę mieszaninę wyolbrzymionych wad (odnoszących się do jej płci), na te krążące wokół niej mity i stereotypy. Możemy, lub może powinniśmy, spojrzeć na tę kwestię odklejając powoli każdą z przywar lub mitów od kobiety, identyfikując ją na nowo. Na nowo stworzyć definicje kobiety/kobiecości, mężczyzny/męskości i wszystkiego co może się z tym łączyć. Niewątpliwie istnieje taka potrzeba – jest ona zauważalna przez twórców kultury i sztuki, bo jak powiedziała w wywiadzie dla programu „Xiękarnia” Sylwia Chutnik, pisarze powinni wziąć odpowiedzialność za to, co piszą, ponieważ często w swojej twórczości stawiają diagnozę, lub ewentualnie pokazują co można zmienić, na, być może, lepsze. Pisarka apeluje, aby pisarze wzięli odpowiedzialność za proponowane rozwiązania czy stawiane przez siebie diagnozy, szczególnie dlatego, że w obecnych czasach, jak twierdzi, nikt nie posuwa się do moralnej odpowiedzialności, aby powiedzieć społeczeństwu: co dalej.

Kończą się czasy (i tu trochę generalizuję), w których na kobiety patrzy się przez pryzmat ich dzieł kuchenno-domowych. Są oczywiście takie, które spełniają się w „roli” kapłanki domowego ogniska, lecz można zauważyć, że była to raczej narzucona kobietom forma samorealizacji. Dziś panie wyszły z domu aby się spełniać/definiować nie tylko przez pyszny sernik.

Dzięki pewnego rodzaju rozprężeniu i liberalizacji oraz odejściu od dawnych schematów, mamy niepowtarzalną szansę na wypracowanie nowych, być może lepszych, ale z pewnością aktualniejszych relacji między kobietą a mężczyzną, a zarazem na nowe, aktualniejsze definicje macierzyństwa, kobiecości, seksapilu, tacierzyństwa, związku, itd.

Może się to odbywać na zasadzie „stopklatki”, moglibyśmy zrobić oddech i zapytać samych siebie, jak wolelibyśmy być teraz definiowani. Co mi we wcześniejszym określaniu nie odpowiadało, co chcę zmienić na lepsze? Jeśli nie model „matka Polka”, to co? Czas, by kobiety „wymyśliły się” na nowo. Wciąż bowiem nie ma terminu na określenie osoby, która straciła swojego partnera, z którym żyła w związku nieformalnym. Wdowcem/wdową takiej osoby nie możemy nazwać, bo określenie to jest przypisane osobom, które żyły w małżeństwie.

Ciekawą zabawę w zamianę ról (będącą jednocześnie zabawą formą) wykonała Sylwia Chutnik pisząc „Cwaniary”. Książka została wydana w 2012 roku i opowiada o losach czterech dziewczyn z Mokotowa. Bohaterki zostały obsadzone w „typowo” męskich rolach – i na tym polega zabawa Chutnik. Kobiety, które pod osłoną nocy wymierzają sprawiedliwość, niczym Vendetta, pochłonięte są krwawą zemstą. Bohaterki opuszczają bezpieczną przestrzeń domu aby wymierzyć sprawiedliwość.

Tylko zemsta może uratować wszystkie sprzątające kobiety w wałkach, w podomkach, w uwięzieniu między odkurzaczem a pralką. Tylko wendeta śniadaniowa pokawowa, nagła potrafi idealnie zaspokoić rozedrgane zmysły. Można do niej zaprosić inne osoby, czemu nie, przygotować <<zemsta party>>, ale należy w nim uczestniczyć. W innym razie nie jest to pełna zapłata za doznane krzywdy[3].

Tytułowe cwaniary dokonują zemsty w sposób jaki został przypisany od wieków mężczyznom (czyli sięgając po przemoc fizyczną), mało tego, dają sobie przyzwolenie na takie zachowanie, które nijak nie wpisuje się w zachowanie „kobiece”, zdają sobie bowiem sprawę, że w sytuacjach w jakich są stawiane nie można zrobić nic innego. Przemoc staje się formą wyrażenia ich buntu.

Autorka powieści w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” zauważa, że

Polska kultura nie ma silnych bohaterek literackich, z którymi można by się identyfikować, o których moglibyśmy powiedzieć: to są nasze autorytety. Chciałybyśmy być jak one, mieć je jak na znaczku, koszulce… Cwaniary to próba stworzenia nieoczywistych, wyrazistych bohaterek, z którymi można się utożsamić[4].

Jerzy Franczak, literaturoznawca związany z Katedrą Antropologii Literatury i Badań Kulturowych Uniwersytetu Jagielońskiego przewiduje, że nadchodzi druga fala (pierwsza miała miejsce w latach 90. kiedy to swoje książki zaczęły publikować Manuela Gretkowska i Olga Tokarczuk) prozy pisanej przez kobiety. Uważa, że kobiety zdecydowanie lepiej rozumieją wymogi współczesności – znacznie lepiej od mężczyzn rozumieją jak jest skonstruowany współczesny świat i jego kultury[5].

W kulturze krajów skandynawskich, gdzie równouprawnienie płci ma zdecydowanie dłuższe tradycje niż na polskim poletku, nietrudno znaleźć wyrazistą postać kobiecą – za przykład posłużyć może bohaterka sagi Stiega Larssona „Milenium”, Lisbeth Sallander. To zaledwie dwudziestoczteroletnia dziewczyna, o antyspołecznym zachowaniu (wynik jej przeszłości). Jej ciało pokryte jest tatuażami, ma nietypową fryzurę, jest genialnym hakerem. W Polsce istnieje jednak przekonanie, że kobieta nie może być komputerowym ekspertem. A w żarcikach powtarzamy, że pralki powstały po to, aby kobieta mogła programować. Kto czytał sagę, ten wie, z jakim typem kobiety mamy do czynienia, problem w tym, ze Lisbeth wcale nie musiała by taka być, gdyby nie krzywdy wyrządzone jej i jej matce przez mężczyzn.

Wróćmy jednaj na rynek polski. Jak wiele jeszcze jest do zrobienia w świadomości polskich obywateli możemy wywnioskować na podstawie wypowiedzi Ingi Iwasiów dla Gazety Wyborczej. Literaturoznawczyni, krytyczka literacka, jurorka Nagrody Literackiej „Nike” zwraca uwagę, że nawet wykształcone kobiety boją się mieć swoje zdanie, a raczej je wygłaszać, ponieważ mężczyźni sięgają po bardzo łatwe sposoby ośmieszania ich. Przywołuje sytuacje sprzed 20 laty, kiedy używanie żeńskich form nie było popularne i kiedy zdarzało się jej o sobie powiedzieć „uczony” wtedy rozbrzmiewał śmiech na sali. Iwasiów zwraca uwagę, że na przestrzeni lat niestety nie zmienił się stereotyp dotyczący feministek. Uważa się, że feministką zostaje się z powodu braku zainteresowania drugiej płci, feministki podejrzewa się o jakiś bliżej nieokreślony „feler”[6].

Swoje obserwacje, w specyficzny dla siebie sposób, Marek Koterski przeniósł na ekran w filmie Baby są jakieś inne. Film ten to wsadzenie kija w mrowisko. Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że jest szowinistyczny i nietaktowny (zresztą uważa tak Hanna Bakuła, zapytana w programie Pytanie na śniadanie). Lecz oprócz, wydawało by się, obelżywych uwag pod adresem kobiet, w filmie można znaleźć ich pochwałę i podkreślenie potrzeby trwania ich na tym świecie. Potwierdza to jeden z bohaterów, grany przez Roberta Więckiwicza: „I gdyby któregoś dnia zniknęły ze świata kobiety, nie znalazłbym powodu, żeby rano wstać z łóżka.”.

„Ciało jest moje i nikt – ani kolega, ani nauczyciel, ani nikt inny – nie ma prawa sprawiać mi bólu, zawstydzać mnie, wyśmiewać itd”[7]. Niby banalne, lecz nie wszyscy te banalne prawa respektują, mało tego, niektórzy uznają je za kobiece fanaberie. Między innymi tym zajmuje się, tak często dziś przywołane w mediach i wyklinane przez Kościół Katolicki, gender studies.

Gender w przeciwieństwie do feminizmu (często gender nazywa się drugą falą feminizmu) koncentruje się na badaniu zachowań, które mylnie wywodzono z biologii, a które wynikają z religijnych, a nierzadko z ogólnokulturowych czy obyczajowych presji narzuconych przez społeczeństwo. Gender studies to dyscyplina akademicka w przeciwieństwie do feminizmu, który jest ruchem społecznym skupiającym się na walce o równe prawa kobiet i mężczyzn. „Gender bada kulturowy, obyczajowy i historyczny bagaż związany z kobiecością. […] Studia gender są podejmowane w obrębie takich dyscyplin jak socjologia, psychologia, filozofia, ekonomia czy historia sztuki i literatury”[8], a od siebie dodałabym jeszcze kulturoznawstwo.

Zupełnie odmienne zdanie na temat gender ma Kościół Katolicki. W gender upatrzył sobie kozła ofiarnego, na którego składają się trzy kwestie, z którymi Kościół od wieków nie potrafi sobie poradzić: kobiecość, seksualność i równouprawnienie płci.

To w średniowieczu Kościół nałożył monopol na seksualność, określając jak powinna wyglądać. A powinna, zdaniem Kościoła, służyć tylko do prokreacji. To Kościół mówił kiedy można uprawiać seks i jakie jego odmiany są niedopuszczalne, a jakie dopuszczono. Mało tego, zapobieganie ciąży było gorsze niż morderstwo. Owszem, twarz kobiety była zwierciadłem Ewy z Edenu, ale jej genitalia to już wrota diabła.

W średniowieczu zastanawiano się jak to jest możliwe, że z tak doskonałej materii jaką jest męskie nasienie powstaje kobieta, coś tak niedoskonałego i niemoralnego[9]. Do niedawna monarchowie kościelni uważali, że prawa wyborcze dla kobiet to wymysł Szatana. Co ciekawe, Watykan do dziś jest jedynym państwem, które nie podpisało Konwencji ONZ w sprawie Likwidacji Wszelkich Form Dyskryminacji Kobiet z 1979 roku.

Wobec powyższego, nie powinno dziwić kazanie abp. Marka Jędraszewskiego, który stwierdził, że

Gender to modna ideologia, która przez poprawność polityczną staje się obowiązująca doktryną […] konsekwencją jest obracanie się przeciwko rodzinie i posiadaniu dzieci. – Praktycznie jest to ideologia, szalenie niebezpieczna, która prowadzi do śmierci danej cywilizacji.[10]

W podobnym tonie wypowiada się abp Józef Michalik, z tym, że on obarcza gender odpowiedzialnością za pedofilię, z kolei ks. Dariusz Oko z Uniwersytetu Papieskiego w Krakowie porównuje gender do duchowego AIDS naszych czasów, które niszczy człowieczeństwo i rodzinę.

Słuchając wszystkich tych wypowiedzi można nabrać wątpliwości co do tego, czym tak naprawdę jest zjawisko gender. To zaś nic innego jak wychowanie bez tradycyjnego, patriarchalnego podejścia do otaczającego nas świata, nie zaś, jak jest przekonana posłanka Krystyna Pawłowicz – do swobodnego wyboru płci.

W sferze dogmatycznej Kościół podkreśla istnienie naturalnej ontologi, sposobu istnienia kobiety i mężczyzny jako istot stworzonych przez Boga. Trudno takie stanowisko pogodzić z postulatami równościowymi, chociaż nie jest to niewyobrażalne […]. Dlaczego więc relacja kobiety i mężczyzny wobec siebie i wobec Boga musi się opierać na nienaruszalnej różnicy? Można by o tym dyskutować w salach wydziałów teologicznych, ale zamiast tego Kościół wysyła katechetki do szkół, by ostrzegały rodziców przed ideologią gender[11].

W niemalże każdej kulturze podstawowym jest podział na biologiczne kobiety i na biologicznych mężczyzn, jednak wraz z rozwojem poszczególnych dyscyplin (chociażby antropologii), podział ów okazuje się on niewystarczający, ponieważ zauważono, że niemalże każda kultura po swojemu definiuje kobiecość i męskość.

Sposób manifestowania kobiecości i męskości w dużej mierze zależy od kraju, czy też kultury w jakiej się wychowaliśmy, od statusu majątkowego, wykształcenia, od miejsca jakie zajmujemy w społecznej hierarchii, od wieku i od wyznania. Dlatego też powstało słowo „gender”, aby sprostać czy uzupełnić definicję kobiety i mężczyzny nie ograniczając się tylko do płci biologicznej, ale i co dziś chyba ważniejsze, do „rodzaju”. Ponieważ współcześnie kobiety, jak i mężczyźni, w swoim rodzaju się różnią.

Czy aby nie jest tak, że „rycerze krucjaty przeciwko gender”, pod hasłem gender wpisują obecnie wszystko czego się obawiają, co jest w ich mniemaniu niejasne, zagrażające? Autorka felietonu zamieszczonego w „Gazecie Wyborczej”, laureatka „Paszportu Polityki 2013” za książkę Ciemno, prawie noc przyznaje się, że chciałaby wierzyć, że całe zamieszanie wokół gender to sprytnie zaplanowana akcja, która na celu ma odwrócenie uwagi od wszystkich uwodzonych przez księży dzieci, którym udało się skłonić duchownych do grzechu. Joanna Bator zauważa:

Na przykład wielki francuski antropolog Clude Lévi-Strauss. Miał nazwisko brzmiące obco jak gender i do tego był Żydem. A to on powiedział, że rodzina nie jest faktem naturalnym. Niestety, nie można go porazić paralizatorem, bo już umarł. Lektura jego Antropologii strukturalnej albo Struktur podobieństwa mogłaby jednak jakoś zająć te wszystkie osoby targane seksualnymi obsesjami związanymi z homoseksualizmem, gender, feminizmem. To jednak książki wymagające wysiłku intelektualnego i trzeba spróbować przenieść wzrok z krocza własnego i cudzego wyżej, ku światu[12].

O tym jak dużo jest do zrobienia w tematyce równouprawnienia mogą świadczyć słowa Małgorzaty Szumowskiej:

Nie dzielę ludzi na mężczyzn i kobiety. Oczywiście, jeśli chcę być political correct, to myślę tymi kategoriami i wtedy też widzę, że w Polsce trudniej jest być kobietą niż we Francji, zdarza się, że mam poczucie, że nie do końca jestem traktowana serio. A ja, jak na swój wiek, mam naprawdę duży dorobek. A że jeszcze jestem kobietą, która ma odwagę zmieniać swoje życie prywatne… To już w ogóle stawia mnie w jakimś niewłaściwym światłe. Gdybym tak była starszym facetem, w polarze i w okularach, to chyba byłabym lepiej postrzegana (śmiech)[13].

Na zakończenie, chciałabym powrócić do początku mojego tekstu. Mamy problemy z tworzeniem nowych definicji, ze zmianami, które, mimo, że trudne do przeprowadzenia, są konieczne, zmianami, które muszą wyjść z naszej inicjatywy, zmianami, które będą głównie dotyczyły naszej mentalności. Sądzę, że jednym z powodów tych „nieowocnych” póki co przeobrażeń jest brak jakiekolwiek wizji do czego dążymy, brak refleksji, brak zastanowienia. Tak jakbyśmy nie chcieli wykonać rachunku sumienia i zastanowić się co chcemy zmienić, co musimy zmienić. Owszem, zmieniamy się, ale te zmiany nic nie wnoszą, są bezowocne. I tak jak przewiduje to Zygmunt Bauman (pozwolę sobie aby to jego słowa zakończyły ten tekst):

Życie nowoczesne, takie, jakie my prowadzimy, sprowadza się do kompulsywnej, obsesyjnej modernizacji. Nowoczesność, która się nie modernizuje, to taki sam absurd jak wiatr, który nie wieje, czy rzeka, co nie płynie.

No więc zmieniać to my zmieniamy. Wciąż i wszędzie. Tu podfastrygować, tam zacerować, naprawić, zalepić, coś nowego uszyć, to się ciągle robi. Ale czy alternatywne życie jest możliwe? Czy da się jego portret z wyobraźni namalować?

Brakuje wizji alternatywnego społeczeństwa i wyobrażenie go sobie absolutnie nie jest dzisiaj w modzie. A czy tak się dzieje dlatego, że ludziom brak fantazji? Nie sądzę[14].

 


[1]M. Górlikowski, Płyń i zmieniaj, „Gazeta Wyborcza” 1.10.2012, s. 14.

[2]T. Kwaśniewski, Więc będzie wojna?, „Gazeta Wyborcza. Magazyn świąteczny” 14–15.04.2012, s.16.

[3] E. Konwerska, Sylwia Chutnik „Cwaniary” http://www.dwutygodnik.com/artykul/4102-sylwia-chutnik-cwaniary.html?print=1.12.2013.

[4] J. Tomczuk, Głód bohaterek, http://www.rp.pl/artykul/951147.html 1.12.2013.

[5] Por.: W. Łysiak, Babskie pisanie http://www.uwazamrze.pl/artykul/948609.html 1.12.2013.

[6] Por.: D. Wodecka Sukienka dla feministki, „Gazeta Wyborcza. Magazyn” 2–3.11.2013 s. 24–25.

[7] J. Podgórska, Wrota diabła, „Polityka” nr 43, 23.10–28.10.2013, s. 14.

[8] J. Podgórska, Wrota…, s. 13.

[9] Tamże, s. 14.

[10] K. Dżek, Abp Jedraszewki krytykuje gender. <<Dziś chodzi o to, żeby się bawić. Modne słow – grillowac. A po nas choćby i potop” http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,14966309.html 1.12.2013.

[11] D. Wodecka, Sukienka dla feministki, „Gazeta Wyborcza. Magazyn” 2–3.11.2013 s. 24

[12] J. Bator, Gender biskupa Michalika, „Gazeta Wyborcza” 14–15.12.2013, s. 18.

[13] M. Brzywczy, W imię czego? „Przekrój” nr 37, 16.09.2013, s. 11.

[14]T. Kwaśniewski, Więc będzie wojna?, „Gazeta Wyborcza. Magazyn świąteczny” 14–15.04.2012, s. 17.

Biliografia

Bator J., Gender biskupa Michalika, „Gazeta Wyborcza” nr 291.8020, 14–15 grudnia 2013.

Brzywczy M., W imię czego?, „Przekrój” nr 37(3553), 16 września 2013.

Górlikowsk M., Płyń i zmieniaj, „Gazeta Wyborcza” nr 228.7654, 29–30 września 2012.

Kai D., Abp Jedraszewski krytykuje gender. <<Dziś chodzi o to, żeby się bawić. Modne słowo – grillować. A po nas choćby i potop>>, www.gazeta.pl/wiadomości.

Konwerska E., Sylwia Chutnik <<Cwaniary>>, „Dwutygodnik” 119/2013.

Kwaśniewski T., Więc będzie wojna, „Gazeta Wyborcza” nr 88.7513, 14–15 kwietnia 2012.

Łysiak W., Babskie pisanie, „Uważam Rze” 4.11.2012 (wydanie internetowe).

Podgórska J., Wrota diabla, „Polityka” nr 43(2930), 23.10-28.10.2013.

Tomczuk J., Głód bohaterek, „Rzeczpospolita”, 13.11.2012.

Wodecka D., Sukienka dla feministki, „Gazeta Wyborcza” nr 256.7985, 2–3listopada 2013.

Agata Picheń – absolwentka kulturoznawstwa Uniwersytetu Śląskiego.