PK3.1

Dobrze jest żyć w krainach nieoczywistych, ponieważ ich granice zawierają w sobie więcej przestrzeni, niż wskazuje geografia. To są otchłanie nieznanego, to jest nieskończona dal domysłów, uciekający horyzonty wyobrażeń i fatamorgana słodkich przesądów, którym nigdy nie sprosta rzeczywistość

A. Stasiuk, Jadąc do Babadag[1]

W twórczości Andrzeja Stasiuka zauważyć można szczególną fascynację pisarza stanem podróży, ciągłego ruchu i przemieszczania. Niezależnie czy mówimy o jego książkach utrzymanych w nurcie prowincjonalno-beskidzkim (do których zaliczam Opowieści galicyjskie, Duklę, Zimę i, z pewnymi zastrzeżeniami, Białego kruka[2]), warszawskim (tomy Przez rzekę, Dziewięć, Jak zostałem pisarzem. Próba autobiografii intelektualnej) czy podróżniczo-środkowoeuropejskim (Moja Europa. Dwa eseje o Europie zwanej Środkową napisana wespół z Jurijem Andruchowyczem, Jadąc do Babadag, Fado, DojczlandDziennik Pisany Później). Opublikowany w 1994 r. Biały kruk to opowieść o grupie przyjaciół  z Warszawy, którzy postanawiają wyruszyć na „męską” wyprawę, w odludne i dzikie rejony Bieszczadów, gdzie starają się odszukać utraconą młodość i jej ideały. DziewięćPrzez Rzekę ukazują ciemne strony stolicy Polski, jej peryferia i  podrzędne bary, w sensualny sposób opisując jej szczegóły topograficzne, oglądane oczami narratora nieustannie przemieszczającego się po mieście (w Jak zostałem pisarzem autor robi rzecz podobną, ale w sposób zdecydowanie i przemyślanie prześmiewczy). Dukla to w istocie opis ciągłych powrotów do mitycznego, podkarpackiego miasteczka, które przypominać zaczyna wręcz schulzowski Drohobycz. W Opowieściach galicyjskichZimie nie brak opisów podróży autobusami PKS i zdezelowanymi samochodami po popegeerowskich wsiach Podbeskidzia. Wydana w 2000 r. Moja Europa. Dwa eseje o Europie zwanej Środkową to z kolei początek cyklu eseistycznych rozważań Stasiuka nad kondycją kulturowo-polityczną Europy przełomu wieków, rozwijanego później w Jadąc do Babadag (2004), Fado (2006), Dojczland (2007) i Dzienniku Pisanym Później (2010). Są to teksty w dużej mierze do siebie podobne i poruszające te same wątki – każdy z nich stopniowo rozwija dosyć spójną i bardzo osobistą opowieść o wędrówkach po „gorszej Europie”, jej zapomnianych rejonach środkowo-wschodnich, krajach byłego bloku radzieckiego i Bałkanach. W tym nurcie swojej twórczości Stasiuk niewątpliwie nawiązuje do długiej i bogatej tradycji literackiej, ale proponuje przy tym jej nowy, bardzo specyficzny wariant. Przez to też, pomimo braku formalnego wykształcenia, stał się wielkim autorytetem, a wręcz wyrocznią w tematyce środkowoeuropejskiej i bywa zapraszany jako ekspert do różnorakich paneli dyskusyjnych, zarówno w kraju, jak i za granicą.

 

Eseje włóczykija

Przemysław Czapliński przy okazji recenzji Fado w „Gazecie Wyborczej” stwierdził, że Stasiuk wypracował sobie „własny gatunek – dziennik włóczęgi, esej włóczykija (…) Nie opis miejsc jest tu ważny, lecz zebranie myśli po wyprawie, gdy w ruch wpuszczona zostaje pamięć i wyobraźnia”[3]. Sam pisarz stwierdził coś bardzo podobnego – „wymyśliłem nowy gatunek – fikcyjny reportaż. Czego nie pamiętam, to wymyślam”[4]. Proza Stasiuka mieści się niewątpliwie w szerokich ramach podróży, można mieć jednak zastrzeżenia do definicji podróży faktycznej nakreślonej przez autora. James Clifford określa podróżą „różne mniej lub bardziej dobrowolne praktyki opuszczania «domu», aby udać się do jakiegoś «odmiennego miejsca»”[5]. Istotnym jej elementem jest więc rzeczywiste znalezienie się w innej, odmiennej przestrzeni . U Stasiuka nie zmienia się nic, prócz geograficznie pojętego miejsca, a narrator, co często podkreśla, wszędzie szuka znajomych widoków, takich samych w Polsce, Albanii, Rumunii a nawet w, jak wydawałoby się, „nowoczesnych” Niemczech. Wyjazd nie przynosi też jakiejś nowej wiedzy – „wracam zawsze tak samo głupi, jak ciemny wyjeżdżałem”, pisze. Marta Koszowy trafnie zauważa, że jedynie potrzeba zapisania, utrwalenia oglądanej rzeczywistości „jest dla prozy Stasiuka kluczowa i łączy wszystkie zawarte w książce wątki, motywy i elementy struktury. Konieczność uwiarygodniania opisywanej rzeczywistości jest wpisana w założenia związane z pisarstwem podróżniczym, jednak tu autor realizuje ją w szczególny, przejaskrawiony sposób”[6]. Stasiuk zwykle opisuje miejsca „ostatnie”, miejsca upadku i zniszczenia, przejawy ogólnego rozpadu i przemijania. W rozmowie z Pawłem Duninem-Wąsowiczem, w przeddzień wydania Jadąc do Babadag, pisarz stwierdził z charakterystyczną dla siebie prostotą – „ja nie szukam końca świata.  Ja badam sobie podobieństwa pewne tych światów. Wyjeżdżając z Wołowca jadę na południe  i badam sprawę, na ile to południe jest podobne do Wołowca. Po prostu lubię sobie opisywać miejsca, do których z przyjemnością podróżuję”[7]. W „Tygodniku Powszechnym” określił to jako opowieść „O tym, jak można się przemieszczać żółtymi drogami, mówiąc językiem samochodowych map. Tak oznaczane są drogi trzeciej kategorii”[8]. W tym samym wywiadzie przyznaje się do fascynacji legendą amerykańskich beatników, Jacka Keruaca i Boba Dylana:

Ja jeździłem bez przerwy w 1977, 1978 r. Potrafiłem przejechać 50 tys. kilometrów w ciągu roku. Latem autostopem, zimą pociągami na gapę. «Chodź, gdzieś pojedziemy» – mówiło się i wychodziło na trasę, by pojechać do Lublina i z powrotem. (…) Być może jest to jakiś daleki odprysk legendy kontrkultury, jej włóczęgowskiego wymiaru. Wyruszyć trochę bez celu to było wyzwanie, coś w rodzaju mentalnej przygody. Wtedy nikt w Polsce nie podróżował dla samej idei podróży. Podróżowało się do pracy, za granicę, żeby zdobyć pieniądze, do miasta po wykształcenie, do wojska…[9]

Niemniej jednak, w Dzienniku pisanym później Stasiuk dochodzi nawet do stwierdzenia – „sam nie wiem po co przyjechałem. Nie ma tu żadnej egzotyki. Tu wszystkie rzeczy, zapachy, zdarzenia i reszta istnieją też gdzie indziej. Tutaj są tylko podniesione do potęgi, zwielokrotnione i wyzywające jak tanie i mocne perfumy w ciasnym pokoju” [DPP 10]. Jakkolwiek, pisarz świadomie wychodzi z założenia, że prawdziwa podróż odbywa się w umyśle, ważniejsza od fizycznej obecności w danym miejscu jest obecność mentalna i praca pamięci (znamienny jest w tym momencie tytuł: Dziennik pisany później). Podróż niesie zbyt wiele wydarzeń i dopiero po powrocie jesteśmy wstanie je uporządkować, przeanalizować wrażenia czy wyciągnąć z nich jakieś wnioski, „Bo jechać to jest nic. Najważniejsze zaczyna się potem, właśnie teraz, gdy wszystko już znieruchomiało, struchlało i powoli obraca się w nicość” [F 9]. Podróż porównywana jest także do procesu pisania, ponieważ zdaniem pisarza, ani jedno, ani drugie nie przynosi nowej wiedzy – „granice są jak rozdziały, kraje jak gatunki literackie, epika tras, liryka odpoczynków, czerń asfaltu nocą w światłach aut przywodzą na myśl monotonną i hipnotyczną linię druku, która przecina rzeczywistość, wiodąc nas do urojonego celu” [DO 111]. Zgodnie z tą logiką, na końcu książki nie ma żadnych wniosków, a każda podróż to tylko skomplikowana pętla – droga rozpoczęta i zakończona w tym samym punkcie. Szczególnych efektów nie ma, jedno i drugie niesie tylko przerwę od codziennego życia, chwilę wytchnienia.

 

Antypodróż (?)

Aktywność Stasiuka często bywa interpretowana w opozycji do zjawiska masowej, zorganizowanej turystyki objazdowej – „większość ponowoczesnych turystów, mniej lub bardziej wyrafinowanych konsumentów ofert rozlicznych biur turystycznych, podróżuje po to, aby nasycić się nowymi wrażeniami, obrazami, dotknąć tego, co inne, a przez to kuszące. Stasiuk natomiast jeździ do Albanii, Mołdawii, czy na Węgry, by upewnić się, że wszędzie jest tak samo, że wystarczy lekko podrapać paznokciem powłokę kulturowych odmienności, by odkryć pod nią ten sam wzorzec życia, tę samą konstrukcję rzeczywistości”[10]. Problem jednak w tym, że choć wybiera za cel swych podróży rejony mało „turystyczne”, a jego działalność bywa przez to nazywana nawet „antypodróżą”[11], metody działania pisarza różnią się stosunkowo niewiele od tych zawartych w ofertach komercyjnych biur podróży. Tempo przemieszczania się, a przez to i oglądu otaczającej go rzeczywistości, nie odbiega szczególnie od standardów wycieczek tak często wyśmiewanych japońskich turystów – „rano Wybrzeże, wieczorem lasy nad Sanem” [B 12]; z kolei w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” autor stwierdził – „w Babadag byłem ze dwa razy po pięć minut” i „po dwóch tygodniach mam każdego wyjazdu dosyć i tęsknię do tego pokoju, gdzie mogę włączyć komputer, poczytać sobie, pić wino”[12]. Z drugiej strony, sposoby podróżowania Stasiuka nie różnią się od, wyłożonych w „Deklaracjach Szymkenckich”, uchwał  podjętych na „Pierwszym Międzynarodowym Zjeździe Antyturystów w Hotelu Szymkent, miasto Szymkent w Kazachstanie”, o których pisze Daniel Kadler – Szkot, który sporo podróżował po zapomnianych rejonach Federacji Rosyjskiej, a którego prześmiewcze reportaże wydało Czarne[13]. Antyturyści deklarują tam między innymi pogardę dla wszelkiego rodzaju wygód, wypatrywanie zamkniętych bram i zrujnowanych budowli, przedkładanie chaosu myślowego nad oświecenie i wiarę w to, że można podróżować w kółko, a i tak się niczego nie zrozumie[14]. Paradoksalnie jednak, dzięki sukcesowi swoich książek, Stasiuk może stać się również (a może nawet już się stał) patronem swoistej turystyki zorganizowanej –

Czy jest szlachetniejszy rodzaj podróży niż podróż śladami pisarza, którego książki się podziwia? – pyta autor Fado puszczając oko do potencjalnego czytelnika. Kogo bowiem ma na myśli Andrzej Stasiuk mówiąc o admirowanym pisarzu? Czy swoich mistrzów: Danilo Kiša. Mircea Eliade, Emila Ciorana i wielu innych? Po sukcesie Jadąc do Babadag należy także uwzględnić inny sens tej wypowiedzi: w dobie plastikowej oryginalności, wydawanie pieniędzy na podróże do Hiszpanii czy Włoch nie jest już nobilitujące i nie wzbudza podziwu kolegów z pracy. Złudzenie odcięcia się od turystycznej i cywilizacyjnej masy daje tylko podróżowanie po nieznanych, «dziewiczych», pełnych niebezpieczeństw rejonach. Zwłaszcza, jeśli turysta wyrusza w wyprawę trzymając pod pachą książkę „pisarza, którego się podziwia”. Żadne biuro podróży nie oferuje jeszcze wyprawy pod hasłem «śladami Stasiuka», jednak osoby, które w tym sezonie zwiedzały jakiś kraj zadniej części Europy z pomarańczową książką pod pachą stanowią całkiem liczną grupę[15].

Stasiuk sam pochwala tego typu model podróżowania, cieszy się, że literatura może mieć siłę, by pchnąć kogoś do odwiedzenia opisywanych miejsc. Twierdzi, że sam ulega mitowi literackiemu i zdarza mu się szukać fikcyjnych krain w rzeczywistości[16].

 

Tradycja eseistyki środkowoeuropejskiej

Aleksander Fiut uważa, że pytanie postawione w tytule jego książki wydanej w 1999 roku jest tylko z pozoru hamletyczne, zawiera bowiem szereg trudnych kwestii[17]. W momencie użycia terminu „Europa Środkowa” pojawia się wiele pytań, na które nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Czy ma sens mówienie o tym regionie w kontekście innym niż geografia? A jeśli tak, to gdzie szukać Europy Środkowej – w pamięci historycznej, w wyobraźni, czy na przykład, w literaturze? Co określa swoistość i niepowtarzalność mentalności mieszkańców tej części kontynentu? Jakie konfiguracje tworzą na tym terenie „rodzimość i cudzoziemszczyzna”, oryginalność kultury i jej zapożyczenia? Interpretacje tych zagadnień różniły się w okresie międzywojnia (w eseistyce Stanisława Vincenza, Czesława Miłosza czy Jerzego Stempowskiego), okresie PRL-u (przede wszystkim dyskusje z lat osiemdziesiątych toczone na łamach paryskich „Zeszytów Literackich” oraz później w „Res Publice”), czy w najnowszym okresie III RP. Warto też podkreślić za Fiutem, że pojęcie Europy Środkowej pojawiało się głównie pod piórem emigrantów[18], nabierając przez to podtekstu silnie politycznego – wymierzone było w głównie powojenną dominację ZSRR nad tym regionem (podział na Europę „lepszą” Zachodnią i „gorszą” – Środkowowschodnią, a przez to zapomnianą, czy spisaną na straty przez tę pierwszą). Mając na uwadze te problemy, Fiut rysuje trzy zasadnicze kręgi zainteresowań pisarzy zajmujących się tematyką środkowoeuropejską. Po pierwsze, jest to wątek idealizacji państw wielokulturowych w rodzaju Rzeczpospolitej Obojga Narodów, czy Austro-Węgier, nazywany utopią retrospektywną. Po drugie, szukanie cech wspólnych – swoistego rodzaju kulturowego paradygmatu świadomości mieszkańców Europy Środkowej (często z przemilczeniem cech odróżniających). Po trzecie wreszcie, podkreślanie związków kulturowych i cywilizacyjnych z dziedzictwem Europy Zachodniej, z częstym pominięciem zasług niegdysiejszych zaborców Polski – Niemiec, Austrii i Rosji. Wydaje się, że elementy twórczości Andrzeja Stasiuka można przypisać do wszystkich tych kręgów, choć być może w najmniejszym stopniu przynależy ona do tego trzeciego.

 

Mit Austro-Węgier

Cesarstwo Austro-Węgierskie jest przez pisarza oceniane pozytywnie, uznaje je za niedoskonały wzór obecnej Unii Europejskiej. Nie było to jego zdaniem, jak się często mówi, więzienie narodów, ale uniwersalna rzeczywistość, gdzie poszczególne narodowe tożsamości mogły na równych prawach stać się częścią większej, i mimo wszystko spójnej, całości. W tym wątku, uwidacznia się istotna dla prozy Stasiuka opozycja Wschód – Zachód. I wojna światowa na Zachodzie oznaczała zagładę dotychczas znanego świata, na drugim krańcu Europy była, bardzo ważną dla pisarza, próbą jego ratowania. Nawiązywanie do specyfiki cesarstwa Habsburgów to jeden z niewielu momentów, kiedy odnosi się on do tematów stricte politycznych. Przewrotnie mówi, że popiera monarchię, bowiem „kiedy ziemią rządzą idee, nigdy nie wiadomo, do kogo ona należy, ponieważ idee zmieniają się, a Cesarz nigdy się nie zmienia” [DO 123], lecz jednocześnie przyznaje, że najlepsza władza to władza daleka, której decyzje są przez to trudniej słyszalne. Ale, ostatecznie, „wszyscy jesteśmy dziećmi jakiegoś cesarza albo dyktatora”, a najjaśniejszy pan, Franciszek Józef, przyjmował na audiencjach nawet prostych chłopów i nie robił różnicy między Słowakiem a Serbem. Z tego powodu narrator świętuje 169 rocznicę jego urodzin i „guzik go obchodzi”, że cesarz posługiwał się językiem niemieckim – przynajmniej dopóki nie odzywa się do niego osobiście. Przeciw immanentnej władzy trudno się buntować, ale i trudno ją kochać. Nasuwa się w tym momencie skojarzenie z przewrotną myślą Emila Ciorana, który stwierdził, że człowiek nie potrafi korzystać z wolności, jej korzyści przygniatają go i w rezultacie wyżej ceni „ekscesy terroru”[19]. Społeczeństwo liberalne ma się przez to rozwijać w pustce; pozbawione ma być przez to tajemnicy, absolutu oraz własnych korzeni. Bo „prawo, stanowiące, że wszyscy rodzimy się równi, jest tyleż piękne, co niemożliwe do wyegzekwowania. Natomiast fakt, że rodzimy się w jakimś miejscu, trudno zakwestionować” [F 28]. Widok wąsatego staruszka na „wiedeńskim” odkrytym lodowisku w Lublanie sprawiał, że od razu było lżej i weselej [B 113].

W swoim życiowym, bo przecież trudno go rozróżnić od czysto literackiej fikcji, projekcie, Stasiuk zakreśli cyrklem na mapie obszar, który uznaje za duchową ojczyznę, obejmujący zaledwie trzecią część Polski. Między Wołowcem, gdzie mieszka i gdzie prawdopodobnie zostanie do końca życia, a Warszawą, gdzie się urodził i spędził młodość, jest 300 kilometrów –

Nie mogę oprzeć się pokusie i w wykreślam wokół Wołowca trzystukilometrowy krąg, żeby określić swoją środkową Europę. Linia biegnie mniej więcej przez Brześć, Równe, Czerniewice, Cluż-Napoka, Arad, Szeged, Budapeszt, Żylinę, Katowice, Częstochowę i kończy się tam, gdzie się zaczyna, czyli w Warszawie. Wewnątrz jest kawałek Białorusi, całkiem sporo Ukrainy, przyzwoite i porównywalne przestrzenie Rumunii i Węgier, prawie cała Słowacja i skrawek Czech. No i jakaś jedna trzecia Ojczyzny. Nie ma Niemiec, nie ma Rosji – co przyjmuję z pewnym zdziwieniem, ale też dyskretną atawistyczną ulgą [DO 85-86].

 Stasiuk postuluje utworzenie na zakreślonym kręgu obywatelstwa karpackiego, które co prawda miałoby realnie znikomą wartość, ale byłoby za to dowodem na to, że „z karpackiej perspektywy nawet tysiąckilometrowy wyjazd przypomina wyprawę do sąsiedniej wsi” [F 66]. Istnieje wieczna ciągłość czasowo-przestrzenna tego specyficznie rozumianego regionu, wspólnota kultury i losu, pasterze wyglądają i pachną tak samo w Bieszczadach, na Ukrainie czy w Rumunii, krowy oraz psy również niewiele się różnią, kiedy to majestatycznym krokiem wracają każdego wieczora z pastwisk –

we wsi Rozpucie poczułem ogrom i nieprzerwaną ciągłość świata wokół. O tej samej porze, w tym samym gasnącym blasku, wracały do domów bydlęta: od Kijowa, powiedzmy, po Split i od mojego Rozpučia po Skopje i – dajmy na to – Starą Zagorę działo się to samo. Krajobrazy i architektura, rasy, kształty rogów i maści trochę się zmieniały, lecz poza tym obraz pozostawał nienaruszony: drogą między dwoma szeregami domów podążały syte stada [B 38].

Bo „mniejsze i gorsze narody żyją ze swoimi zwierzętami”. Meteorologia dodatkowo porządkuje to, co tak skutecznie popsuły historia z geografią. Śnieg wyrównuje granice i pęknięcia, ale jego późniejsze topnienie rodzi niepokój, że wraz z nim wypłukana zostanie istota tego w swoisty sposób rozumianego regionu. Góry jeszcze niewzruszenie stoją, ale przepływa przez nie coraz szerszy „hałaśliwy nurt współczesności”. Stasiuk kreśli więc swoją, jak to określa, durną fikcję – tęsknoty i żalu, za tym co nie do końca się zdarzyło i z pewnością nigdy nie nastąpi. Sam przyznaje, że jego wizja Europy jest nierealna, jest planem rezerwatu czy skansenu, a mieszkańcy włączonych do projektu miast prawdopodobnie „skopaliby mu dupę” za taki pomysł.

 

Obawa przed Unią Europejską

Podkreśla się powszechnie, że Wspólnota Europejska nie ma na celu rozbicia poszczególnych państw, niemniej sama tendencja do globalnej integracji może powodować poczucie rozpadu tradycyjnych więzi narodowych. Podobne obawy wydaje się mieć Stasiuk. Nie podoba mu się wprowadzenie jednej, europejskiej waluty – ma to doprowadzić do oderwania pieniądza od rzeczywistości, uczynienia z niego wartości całkowicie abstrakcyjnej. Uważa walutę za istotny wyznacznik narodowości, wspomina starą, polską stuzłotówkę z wizerunkiem fabryki, która przypominała mu tę, w której pracował jego ojciec (która niejako płaciła za pracę swoimi wizerunkami). Stasiuk jednak całkiem poważnie obawia się konsekwencji rozszerzenia Unii z lat 2004–2006, kiedy to w Europie pojawiło się nagle 200 milionów nowych obywateli. O tym opowiada w nieco surrealistycznym w swej wymowie rozdziale Fado pod tytułem Pas ludności mieszanej. W najbliższych dziesięcioleciach po rozszerzeniu Unii, Cyganie mają rozbić obozy na paryskich Polach Elizejskich, Polacy spustoszyć winnice Renu, a na przykład Bośniacy, wespół z Serbami, skolonizować Wielką Brytanię. Ci „nowi Europejczycy” nie przejmą nagle uniwersalnych, demokratycznych zwyczajów Zachodu. Ten zaś będzie musiał zmierzyć się z realnym obrazem stworzonej przez siebie fikcji na temat Europy „gorszej”. Sama idea Zjednoczonej Europy ma dla pisarza wymiar wyłącznie gospodarczy i ekonomiczny, oznacza porównywanie produktu krajowego brutto od Kijowa po Lizbonę i absurdalne sytuacje, kiedy rolnikom płaci się za to, by ograniczali swoje uprawy. W artykule dla „Przeglądu Politycznego” autor wyrażał się na ten temat jeszcze dosadniej. Powszechną unifikację i uniwersalizację wpisaną w ogólną ideę Unii nazywa karykaturą i parodią wielkości niegdysiejszych ekspansji – duchowości w średniowieczu, czy myśli postępowej w Oświeceniu. „Zjednoczenie oznacza jedynie bezpieczną konsumpcję w zamkniętej i dobrze strzeżonej przestrzeni geograficznej”[20], pisze. Zamiast zakładanej wspólnoty losu i kultury, pisarz widzi tylko wyścig do brukselskich pieniędzy, rozdawanych według kryteriów przypominających procedury rodem z targu niewolników. Sama Bruksela nigdy nie będzie centrum kulturowym w rodzaju Paryża czy Wiednia, a tylko bezdusznym ośrodkiem administracyjnym.

Kiedyś zniknie część Europy, która nie zdążyła zaistnieć w powszechnej świadomości albo stanie się karykaturą czegoś silniejszego od siebie – na dowód tego autor, opisuje mapkę kontynentu z kolorowego folderu, znalezionego przypadkiem w Chorwacji, gdzie „na wschód i południe od Pragi i Budapesztu zaczyna się coś w rodzaju terra incognita: państwa nie mają stolic, a niektóre po prostu nie istnieją” [B 105-106]. Nie ma tam Bratysławy, Sofii, czy Warszawy. Nazwy tego rejonu Europy niczego nie porządkują, brakuje im sprawdzonych znaczeń, jakie mają Ateny, Wiedeń czy Paryż. W inny miejscu pisze jednak – „podróż z kraju króla Ubu do kraju wampira Drakuli nie może zawierać wspomnień, w które potem można wierzyć, tak jak się wierzy na przykład w Paryż, Stonehenge czy Plac Świętego Marka. W końcu Sygiet Marmaroski najbardziej ze wszystkiego przypominał sen” [B 18]. Stasiuk zarzuca „starej Europie”, że nie przeżywa problemów „Europy nowej”, nie przyznaje się do jej dziedzictwa, a proces odwrotny jest z góry narzucony. Zachód patrzy na Wschód jak na swoją niezbyt udaną kopię (na co ten zresztą się zgadza). Autor twierdzi jednak, że swoisty antyświat Wschodu jest projektem celowym i przemyślanym. Wschód widzi w Zachodzie swoja przyszłość ale przez to jest ona oczekiwana bez ekscytacji. Podróż na Wschód to natomiast podróż w głąb czasu, tam „kiedyś” jest w zasadzie ciągle teraźniejszością.

 

Między Wschodem a Zachodem

Problem z interpretacją tematyki środkowoeuropejskiej sprawia również wątek w myśli publicystów, który trafnie w swej lapidarności ujął Krzysztof Czyżewski cytując Leopolda Ungera – „trzeba wyjść z Europy Środkowej i wejść do Europy”[21]. W latach 90. fakt bycia częścią Europy Środkowej bywał oceniany jako przynależność do prowincji, czy wręcz marginesu Europy (w rozumieniu zarówno geograficznym, jak i politycznym). Kraje bloku wschodniego zapatrzone były w Zachód, bo ten kojarzył się z bogactwem, wolnością i nowoczesnością. Wschód to z kolei dawny hegemon, Związek Radziecki i obszar geograficznie ciągnący się w zasadzie do Uralu, z którym nie odczuwano specjalnych związków umysłowych, czy kulturowych (stąd tez określenie różnicujące – Europa Środkowa). Stasiuk żeruje na tej, w dużej mierze naiwnej, mentalności, wielokrotnie krytykując konsumpcyjną kulturę Zachodu, ale jednocześnie twierdząc, iż „ma problem” ze Wschodem, a ściślej mówiąc z Rosją. Przyznaje, że brak obszaru Federacji Rosyjskiej w obrębie biograficznego okręgu rysowanego cyrklem, przyjął z pewnym zdziwieniem, ale i „atawistyczną ulgą” [DO 86]. Rosjanie wspominani są przez niego głównie przy okazji odwiedzin na cmentarzach żołnierzy poległych w I wojnie światowej, stosunkowo rzadko bywają spotykani na trasie podróży. Poza tym narrator wspomina, że „oczywiście trzymali łapę” na niegdysiejszym mołdawskim przemyśle zbrojeniowym [B 158]. Motyw podróży do Rosji pojawia się, jak do tej pory, tylko w szkicach dla „Tygodnika Powszechnego” i nie odbiega zbytnio od zwyczajowej retoryki pisarza – „Tak, nigdy nie chciałem pojechać do Moskwy. Zawsze chciałem pojechać na rosyjskie zadupie, żeby nikt nie wciskał mi jakiegoś imperialnego kitu”[22]. W artykule tym portretowany jest zrujnowany wschodniosyberyjski region Zabajkala, dominują opisy rozpadających się domów, brudu i kałuż, otoczonych przez bezkresny step. W innym miejscu podróż koleją transsyberyjską oznacza konfrontację wyobrażeń, obrazów wywiedzionych z filmów i literatury oraz szkolnej wiedzy na temat tego regionu, z dzisiejszą rzeczywistością[23]. Sam pisarz, tłumacząc ten wątek swojej twórczości stwierdził, charakteryzując tym samym w dużej mierze mentalność Polaków urodzonych w latach PRL-u: „Ja Polak – ja wszystko wiem o Rosji, o czym tu pisać?”[24].

Dojczland natomiast, Stasiuk rozprawia się ze stereotypem Niemca, który, jak twierdzi, kształtowany jest już we wczesnych latach edukacji szkolnej każdego Polaka. Urlich von Jungingen z taniej kopi „Bitwy pod Grunwaldem” pędzla Matejki, znajdującej się w każdej polskiej podstawówce, miał być pierwszym Niemcem w świadomości dziecka. Dopiero nieco później pojawiał się w niej Hitler. Z drugiej strony, naszym zachodnim sąsiadom Polacy kojarzą się głównie z kradzieżami samochodów. Niemcy nazwane są rodzajem Ameryki i Ameryką „na trochę wolniejszych obrotach” [D 50], głównie z powodu trudnej przeszłości. Niemniej jednak to ta nacja napracowała się najbardziej ze wszystkich Europejczyków, przez co teraz daje zatrudnienie tak wielu obcokrajowcom – Polakom czy Turkom. Sama może w końcu odpocząć. NRD to brakujące ogniowo miedzy Słowianami a Germanami, pomost między Wschodem a Zachodem – „słowiańskość, komunizm, trochę gorsza dieta i tańsze kosmetyki to są jednak elementy uczłowieczające” [D 57]. Berlin Wschodni przypomina trochę Wschód. Współczesna Austria z kolei, podobnie jak Szwajcaria, jest utożsamiana z Niemcami i narrator w tym wątku praktycznie odcina się od jej cesarskiej przeszłości („austriacki pieróg możemy pominąć, chociażby po to, by oszczędzić mu cierpień i wspomnień o tym, czym był niegdyś” [DO 92]). Chociaż widok żebraków wyglądających na Słowian, pod jednym z austriackich kościołów nasunął Stasiukowi oryginalną myśl – „Tak, dawne cesarstwo austro-węgierskie upomniało się tutaj o swoje. Wszystkie nacje powinny tutaj żebrać. (…) Powinny żebrać pod austriackim bankiem narodowym. I powinni dostawać” [D 47].

 

Europa Środkowa – Galicja – Mitteleuropa

Choć Andrzej Stasiuk nie kreuje żadnej systematycznej wizji Europy Środkowej, paradoksalnie wydaje się idealnie wpisywać w długą tradycję kreowania jej utopijnych projektów – Mitteleuropy, Zwischeneuropy, Europy Centralnej czy Europy Dunaju. Jakkolwiek teren ten wiązany był głównie ze wspólnotą kulturową, a nie konkretnym obszarem geograficznym (za najostrzej wyrażoną można uznać definicję mówiącą o obszarze pomiędzy sferą kultury łacińskiej Slavia Latina i bizantyjskiej Slavia Orthodoxa, z wszelkimi konsekwencjami ich wpływów). Nazwisko Stasiuka bywa jednak niesłusznie łączone z projektem Mitteleuropy, w swej genezie będącej koncepcją polityki niemieckiej, sformułowanej przez Friedricha Naumanna w trakcie I wojny światowej – ta część Europy miała bowiem stać się rejonem gospodarczo i politycznie podporządkowanym Niemcom. Polskie środowiska konserwatywno-prawicowe oskarżały pisarza nawet o „apologię tego propagandowego tworu niemieckiej geopolityki”[25]. Co ciekawe, Stasiuk nie używa żadnego z wymienionych sformułowań. Pisze jedynie o Galicji – „Znów nad Galicją (pardon, Małopolską Wschodnią) rozpostarł się niż” [DO 153] i to głownie w wymiarze „mentalnego” dziedzictwa dawnego zaboru austriackiego:

Niemniej jednak właśnie tutaj – na południu Polski, w Galicji, w dawnym austro-węgierskim zaborze – przekonanie, że pierwsza wojna światowa była również „naszą” wojną, jest dosyć głębokie. Podobnie jak przekonanie, że Franciszek Józef był jak najbardziej „naszym” cesarzem. O czymś takim nie może marzyć Wilhelm,  o Mikołaju nawet nie wspominając [F 120].

Jednakże zdaniem Arkadiusza Bagłajewskiego, Stasiuk żegna mit Mitteleuropy i nie stara się tworzyć palimpsestów –

Po dwudziestu latach od restytucji tego mitu przychodzi nam się z nim pożegnać, to znaczy tak zapewne można odczytać fakt publikacji Jadąc do Babadag w roku 2004[26]. Pisarz unieważnia tamten mit nie tyle poprzez polemikę, ale przedstawiając swoją książkę. Tak inną, różną od „środkowoeuropejskiego” idiomu. Stasiuk unieważnia tamten mit, Europę ciągłości, centrum, unifikacji i różnorodności zarazem, Europę żywiołu niemieckiego i żydowskiego, jako sił wiodących kulturowo i cywilizacyjnie, spajających mieszkające tam plemiona w ponadnarodową wspólnotę. (…) Otóż Stasiuka interesuje inna Europa przez mit Mitteleuropy zamazywana, przykrywana. Peryferie, marginesy, teraźniejszość, wielość języków. Rozpad i zdążanie ku nieistnieniu[27].


[1] A. Stasiuk, Jadąc do Babadag, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2004, s. 219.

[2] Jako utwór niejako łączący terytorialnie wątek stołeczny z prowincjonalnym.

[3] P.Czapliński, Nasza większa ojczyzna „Gazeta Wyborcza” nr 237/2006, dodatek „Kultura”, s. 16.

[4] Zawód – podróżnik na południe, TVP 2, 6.06.2010.

[5]K.Podemski, Socjologia podróży w: Wędrować, pielgrzymować, być turystą. Podróż w dyskursach kultury, red. P.Kowalski, Wydawnictwo Uniwersytetu Opolskiego, Opole 2003, s. 109.

[6]M.Koszowy, Jadąc do Abony. Fotograficzne podróżne Andrzeja Stasiuka „Teksty Drugie” 2007, nr 1-2, s. 250.

[7]  P.Dunin-Wąsowicz, Rozmowy lampowe, Wydawnictwo Lampa i Iskra Boża Warszawa 2007, s. 202.

[8] Opowieść o żółtych drogach, rozmowa B.Dobrocha z A.Stasiukiem, „Tygodnik Powszechny”  2005, Dodatek s. 3-4.

[9] Tamże.

[10] R.Ostaszewski, Specjalność rozpad „Tygodnik Powszechny” online http://tygodnik2003-2007.onet.pl/1563,7147,1175250,tematy.html,21.04.2013.

[11]  W.Śmieja,  Literackie podróże współczesności, „Przegląd” online.

http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/literackie-podroze-wspolczesnosci,21.04.2013.

[12] Opowieść o żółtych drogach rozmowa B.Dobrocha z A.Stasiukiem, „Tygodnik Powszechny” nr 44/2005, Dodatek s. 3-4.

[13] Wydawnictwo współtworzone przez Andrzeja Stasiuka.

[14] D.Kalder, Zagubiony kosmonauta tłum. M.Ignaczak, P.Siemion, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008, s. 13-14.

[15] J.Bielas, Pamięć i tożsamość „Topos” 2007, nr 4, s. 153.

[16]„Przyjechali kiedyś do mnie młodzi Niemcy z niemieckim wydaniem Dukli i mówili, że ta książka pchnęła ich do odwiedzenia miasteczka”, zob. Z Polski wyjeżdżam i do niej wracam, rozmowa M. Radziwona z A.Stasiukiem, „Gazeta Wyborcza” nr 219/2005, dodatek „Kultura”, s. 17.

[17] A.Fiut, Być (albo nie być) Środkowoeuropejczykiem, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1999, s.5.

[18] Wspomniana już dyskusja na łamach „Zeszytów Literackich”, w specjalnym dziale „Europa środka”.

[19] E.Cioran, O dwóch typach społeczeństwa w: Tenże, Historia i utopia, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2008, s. 20.

[20] A.Stasiuk, Melancholia, „Przegląd Polityczny” 2001, nr 50, s. 53.

[21] K.Czyżewski, Dialog międzykulturowy w regionie Europy Środkowej w: Europa Środkowa – wspólnota czy zbiorowość, Ossolineum, Wrocław 2004, s. 29.

[22] A.Stasiuk, Tam, gdzie kończy się Rosja, „Tygodnik Powszechny” online http://tygodnik.onet.pl/31,0,14473,tam__gdzie_konczy_sie_rosja,artykul.html, 21.04.2013.

[23] A.Stasiuk, Zielona skóra, „Tygodnik Powszechny” 2009 nr 1-2, s. 28-30.

[24] Spotkanie autorskie z Andrzejem Stasiukiem prowadzone przez D.Nowackiego w ramach VII Sosnowieckich Dni Literatury, 25.05.2011.

[25] P. Dunin-Wąsowicz,  „Rozmowy…”.

[26] Rok wstąpienia Polski do Unii Europejskiej, ale Bagłajewski twierdzi, że mit unijny nie może zastąpić utopii Mitteleuropy, co niewątpliwie znajduje potwierdzenie w tekstach Stasiuka.

[27] A. Bagłajewski, Mapa, podróż, czas, „Kresy” 2004 nr 4, s. 95-101.

 

Wykaz skrótów zastosowanych w tekście:

DO – A. Stasiuk, Dziennik okrętowy, w: J. Andruchowycz, , A. Stasiuk,: Moja Europa. Dwa eseje o Europie zwanej środkową, Wydawnictwo Czarne Wołowiec 2000, s. 83–157.

B – A. Stasiuk, Jadąc do Babadag, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2004.

F – A. Stasiuk, Fado, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2006.

D – A. Stasiuk, Dojczland, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2007.

DPP – A. Stasiuk, Dziennik pisany później, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.

Bibliografia: 

Andruchowycz J., Stasiuk A., Moja Europa. Dwa eseje o Europie zwanej środkową, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2000.Bagłajewski A., Mapa, podróż, czas,  „Kresy” 2004, nr 4.

Bielas J., Pamięć i tożsamość, „Topos” 2007, nr 4.

Cioran E., O dwóch typach społeczeństwa w: idem. Historia i utopia, Wydawnictwo Aletheia Warszawa 2008.

Czapliński P., Nasza większa ojczyzna „Gazeta Wyborcza” nr 237/2006, dodatek „Kultura”.

Czyżewski K., Dialog międzykulturowy w regionie Europy Środkowej w: Europa Środkowa – wspólnota czy zbiorowość, Ossolineum, Wrocław 2004.

Dunin-Wąsowicz P., Rozmowy lampowe, Wydawnictwo Lampa i Iskra Boża Warszawa 2007.

Fiut A., Być (albo nie być) Środkowoeuropejczykiem, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1999.

Kalder D., Zagubiony kosmonauta, tłum. M.Ignaczak, P.Siemion, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008.

Koszowy M., Jadąc do Abony. Fotograficzne podróżne Andrzeja Stasiuka, „Teksty Drugie” 2007, nr 1–2.

Opowieść o żółtych drogach, rozmowa B. Dobrocha z A. Stasiukiem, „Tygodnik Powszechny” 2005, nr 44, „Dodatek”.

Ostaszewski R., Specjalność rozpad „Tygodnik Powszechny”, online http://tygodnik2003-2007.onet.pl/1563,7147,1175250,tematy.html, 21.04.2013.

Podemski K., Socjologia podróży w: Wędrować, pielgrzymować, być turystą. Podróż
w dyskursach kultury
, pod red. P. Kowalskiego, Wydawnictwo Uniwersytetu Opolskiego, Opole 2003.

Śmieja W.,  Literackie podróże współczesności, „Przegląd” online

http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/literackie-podroze-wspolczesnosci, 21.04.2013.

Stasiuk A., Dojczland, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2007.

Stasiuk A., Dziennik pisany później, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.

Stasiuk A., Fado, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2006.

Stasiuk A., Jadąc do Babadag, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2004.

Stasiuk A., Melancholia, „Przegląd Polityczny” 2001, nr 50.

Stasiuk A., Zielona skóra, „Tygodnik Powszechny” 2009, nr 1-2.

Spotkanie autorskie z Andrzejem Stasiukiem prowadzone przez D. Nowackiego
w ramach VII Sosnowieckich Dni Literatury, 25.05.2011.

Zawód – podróżnik na południe, TVP 2, 6.06.2010.

Z Polski wyjeżdżam i do niej wracam, rozmowa M. Radziwona z A. Stasiukiem, „Gazeta Wyborcza” nr 219/2005, dodatek „Kultura”.

Magdalena Kowalczyk – absolwentka kulturoznawstwa i filologii polskiej, doktorantka w Zakładzie Komunikacji Kulturowej INoK UŚ. Interesuje się szeroko rozumianym obrazem sportu w kulturze audiowizualnej, zagadnieniami komunikacji masowej, psychologii społecznej i geopoetyki.