Syndrom Dwukwiata* Analiza zachowań osób podróżujących na podstawie źródeł beletrystycznych[1]

Sir Terry Pratchett jest dziś jednym z najsłynniejszych i najbardziej rozpoznawalnych w świecie angielskich pisarzy fantasy, cenionym przez czytelników głównie za swój cykl książek opisujący „Świat Dysku”. Ogromna wyobraźnia i niezwykłe poczucie humoru autora sprawiają, że blisko czterdziestotomowa seria cieszy się niesłabnącą popularnością i wciąż zdobywa nowych miłośników. Jednak do największych darów Pratchetta należy według mnie jego zdolność ukazywania ludzkich charakterów. Z niezwykłym kunsztem, pod płaszczykiem żartu i komedii, pokazuje ludzi takimi jacy są.

Postacią, która jako jedna z pierwszych podbiła serca czytelników, był Dwukwiat. Ten obdarzony niezachwianym optymizmem, szczerością i (bądźmy szczerzy) prostolinijną naiwnością człowieczek, przybywa z odległego kraju do Ankh-Morpork, najbrudniejszego i najniebezpieczniejszego miasta Dysku, żeby to miejsce… zwiedzić. W ten sposób Dwukwiat staje się pierwszym znanym w uniwersum Pratchetta turystą. Mieszkańcy miasta mogą nie rozumieć zachowań Dwukwiata, jednak my poznajemy go w tej roli od razu: świadczą o tym niezbicie przewodnik turystyczny z przydatnymi zwrotami i maszyna do robienia obrazków, której używa w każdej nadarzającej się okazji zawieszona na szyi.

Nastawienie Dwukwiata do turystyki i jego oczekiwania względem odwiedzanego miasta poznajemy już na samym początku Koloru Magii:

- Przybyszu – rzekł spokojnie Rincewind. – Jeśli się tu zatrzymasz, do wieczora zostaniesz otruty lub zadźgany nożem. Ale nie przestawaj się uśmiechać, bo inaczej mnie to spotka.

- Och, daj spokój. – Obcy rozejrzał się dookoła. – To piękny lokal. Prawdziwa morporkiańska tawerna. Tyle o nich słyszałem… Jakie ciekawe belkowania. I całkiem rozsądne ceny. (…)  Mówiłeś, że to niebezpieczne miejsce. Odwiedzane, chciałeś zapewne powiedzieć, przez bohaterów i poszukiwaczy przygód? (…) chcę ich poznać. A kiedy wrócę do domu, będę mógł o tym opowiedzieć[1].

Dwukwiat jako stereotyp turysty w koszuli w kwiaty i krótkich spodenkach budzi u czytelnika uśmiech. Co chwilę zachwyca się bowiem wszystkim co spotyka, traktując każdy przedmiot, istotę i sytuację jako atrakcję turystyczną, którą trzeba odpowiednio skomentować, a jeszcze lepiej – sfotografować. Śmieszy również to, że z jednej strony deklaruje chęć zobaczenia prawdziwego oblicza miasta, z drugiej jednak realizuje pragnienia, które zaszczepił w nim przewodnik turystyczny. Innymi słowy, nie chce obejrzeć nic ponad to, co uznawane jest w przewodniku za najważniejsze, a wręcz „konieczne” do zobaczenia: Świątynię Pomniejszych Bóstw, gildie cechowe, a nawet prawdziwą bójkę w tawernie, którą wyobraża sobie jako pojedynki na stołach i ludzi huśtających się pod sufitem na żyrandolu. Zrobi więc wszystko, by osiągnąć te cele. W tym wypadku cena nie gra roli, o czym niezbicie świadczą szczerozłote monety rozdawane przez Dwukwiata na prawo i lewo.

Długo można by się śmiać z beztroskiego nastawienia Dwukwiata, który nawet składanie dziewicy w ofierze traktuje jako swoisty ludowy performance, pełen estetycznych i etnicznych walorów, udowadniający ciągłość tradycji oraz (jakże by inaczej!) wart uwiecznienia aparatem. Dopiero później może czytelnika nawiedzić konkluzja, że zachowanie tej fantastycznej postaci wcale nie jest tak bardzo odległe od tego, co znamy z naszego życia. I mowa tu nie tylko o stereotypowym wyobrażeniu wycieczek Japończyków, którzy biegną gromadą za przewodnikiem chcąc w ciągu jednego dnia jak najwięcej rzeczy zobaczyć przez obiektywy swoich aparatów (powszechnie znane są żarty tłumaczące, że wycieczki Japończyków w dowolnym miejscu na świecie rozpoznaje się po ilości fleszy). Chodzi jednak o nasze  nastawienie i zachowania. Bo czyż każdy z nas nie ma jednak w sobie czegoś z Dwukwiata?

Zygmunt Bauman wyróżnił cztery typy osobowości charakterystyczne dla czasów ponowoczesnych[2]. Są to: gracz, spacerowicz, włóczęga oraz (najważniejszy z punktu widzenia tego artykułu) turysta. W porównaniu z włóczęgą, który w pewnym sensie musi podróżować, ale równocześnie przyjmuje otaczający go świat takim, jakim jest, ze wszystkimi jego zaletami, ale i niedoskonałościami, Baumanowski turysta ma zupełnie inne cechy i motywację. Owszem, również przemieszcza się z miejsca na miejsce, jednakże przepełnia go przekonanie, że płacąc ma niepodważalne prawo żądania tego, co najlepsze. Co więcej, świat ma w każdym calu sprostać jego oczekiwaniom. Turysta różni się od włóczęgi jeszcze jedną cechą, mianowicie czuje się całkowicie pewny swojego „ja”. Wynika to z faktu, że w odróżnieniu do włóczęgi, posiada bezpieczne schronienie, miejsce do którego może wrócić w razie kłopotów lub jeśli nowe, odwiedzane otoczenie nie będzie takie, jak sobie wyobrażał i oczekiwał. To właśnie ta niezachwiana pewność wypływająca ze świadomości posiadania domu powoduje, że turysta wszystkim narzuca własną wizję świata. Zadziwiające, że fakt, że turysta nie musi podróżować jest jedyną wyrazistą cechą odróżniającą go od włóczęgi. Pod wieloma innymi względami obydwa typy są do siebie niezwykle podobne: z racji swojego charakteru i usposobienia szybko się nudzą i szukają nowych podniet, pragną być we wszystkich miejscach równocześnie. Ale świat, który widzi turysta, zawsze musi być zbieżny z jego marzeniami, pragnieniami i oczekiwaniami. Czy to wszystko nie przypomina nie tylko Dwukwiata, ale i nas samych? Odwiedzamy konkretne miejsca w celu zobaczenia dokładnie określonych rzeczy i jesteśmy gotowi dużo za to zapłacić. Jeśli jednak nasze marzenia nie zostaną odpowiednio zrealizowane, czujemy się oszukani i z poczuciem krzywdy wracamy do domu.

Rozmyślania nad turystyką, ale i osobą turysty, należy zacząć od zadania pytania, dlaczego ludzie w ogóle opuszczają dom i wyjeżdżają w inne, czasem bardzo odległe miejsca? Choć nie zawsze jest to oczywiste, turystyka jako zajęcie tym różni się od podróżowania, że nie stoi za nią najmniejszy nawet przymus. Tak jest dziś i tak było dawniej, począwszy od XVII w., kiedy turystyka dopiero się rodziła i określana była mianem Grand Tours. Wtedy oznaczało to kilkumiesięczny rajd młodego człowieka po Europie, w celu uzupełnienia jego wykształcenia i zapoznania z innymi obyczajami, ustrojami politycznymi, ludźmi i kulturą…  Specjalny opiekun pilnował, by wyjazd młodzieńca obfitował w miejsca ciekawe i warte zobaczenia, ale przede wszystkim – rzeczy ważne i pożyteczne. Dopiero z biegiem czasu walory poznawcze straciły nieco na wartości na rzecz rozrywki i prestiżu (do XIX w. klasa robotnicza nie mogła sobie pozwolić na wyjazdy turystyczne – możliwość taką miały tylko majętne klasy wyższe). Obecnie podróże są bardziej dostępne, wiele osób próbuje więc odciąć się od głównego nurtu jadąc w miejsca droższe, mniej dostępne, o najlepszej renomie – jakiekolwiek, które odróżniłyby je od tych, którzy zwiedzają gromadnie, wręcz masowo[3].

Od tzw. turystyki masowej odcinają się szczególnie młodzi, wykształceni ludzie z tzw. nowej klasy średniej, którzy od wyjazdu do tłumnie odwiedzanych kurortów wolą wprowadzać w życie nawet najbardziej ekstremalne pomysły, realizując model turystyki bardziej indywidualnej. W doborze miejsc i samej podróży dążą do zadowolenia własnych gustów. Niektórzy być może utwierdzają się również we własnej wyjątkowości – ostatecznie nie jadą tam gdzie wszyscy, tylko realizują się „inaczej”. Zdarza się, że takie zapędy prowadzą do turystyki ekstremalnej (np. skupionej kiedyś wokół opuszczonego miasta Prypeć przy elektrowni w Czarnobylu[4]) a nawet tzw. dark tourism, na który składa się intencjonalne odwiedzanie lokalizacji, w których dochodziło do aktów ludobójstwa lub innych zbrodni[5].

Przez lata, za objaw niezwykłego indywidualizmu postrzegano tzw. turystykę backpackerską, czyli podróżowanie po świecie z plecakiem, często z założeniem odwiedzenia rejonów bardziej egzotycznych lub rzadziej odwiedzanych przez turystów realizujących turystykę typu all inclusive. Dla sporego grona podróżujących dużą zaletą była względnie niska cena takiego wyjazdu. Z powodu zatrzymywania się na noc np. w schroniskach, a także niskich lub wręcz zerowych cen transportu, na taki wyjazd mogli sobie pozwolić niewiele zarabiający młodzi ludzie. Popularność backpackingu przynosiło także to, że dawał poczucie autentycznego poznania odwiedzanego kraju. Nic nie było zaaranżowane ani przygotowane przez biuro podróży, a przemieszczając się z miejsca na miejsce (pieszo czy autostopem), turysta z plecakiem miał większy kontakt z mieszkańcami odwiedzanego rejonu. Takie spojrzenie na indywidualne podróżowanie utrzymywało się dość długo, jednakże można powiedzieć, że turystyka „plecakowa” w końcu popadła w kryzys, zaprzeczając własnej idei i wiarygodności[6]. Turyści podróżujący z plecakami zaczęli tworzyć dla siebie nawzajem specjalne przewodniki i mapy, z zaznaczonymi miejscami godnymi odwiedzenia: tanimi hotelikami i restauracjami w których stołuje się okoliczna ludność oraz innymi miejscami, gdzie można zobaczyć „prawdziwe życie”. W ten sposób powstało m.in. wydawnictwo Lonely Planet specjalizujące się w wydawaniu przewodników turystycznych dla osób z ograniczonym budżetem, uprawiających turystykę backpackerską. Jednakże, kiedy liczba backpackerów zaczęła rosnąć, wyjątkowe z założenia przewodniki zaczęły zyskiwać coraz bardziej masowych użytkowników, a znajdujące się tam informacje stawały się coraz bardziej zbieżne z wiadomościami z katalogów wycieczkowych. To, co z założenia miało być wyjątkowe i prawdziwe, dla wielu stało się tak samo sztuczne i powielone, jak to, czemu się przeciwstawiało.

Stwierdzę oczywistość zdaniem, że w tłumie skomercjalizowanych turystów wciąż jeszcze są na świecie prawdziwi „plecakowi włóczykije”, którzy próbują poznać mniej znane oblicze obcych krajów. Ludzie są różni, więc realizują różne sposoby podróżowania i zwiedzania. W Za dużo słońca Toskanii, Dario Castagno[7] problem turystyki w „modnych miejscach” opisuje z punktu widzenia rdzennych mieszkańców takich regionów, do których osobiście należy (w tym wypadku chodzi o Toskanię). Pisarz, będący jednocześnie przewodnikiem wycieczek, zwraca uwagę, że pokazywane obiekty muszą być dostosowane do gustów, ale i osobowości klientów. Jednych zadowoli oglądanie krajobrazów, inni pożądają rajdu po restauracjach i winnicach (oczywiście z degustacją), jeszcze inni pragną zobaczyć jak najwięcej ważnych zabytków. Są też i tacy, których zwiedzanie w ogóle nie obchodzi, a jedyną rzeczą, która może ich ucieszyć, są zakupy. Można znaleźć również i takich, którzy przyjeżdżają do Włoch, by  udowodnić sobie i innym, że „w domu to jest jednak najlepiej”. Sam Castagno podzielił swoich klientów na cztery główne „typy”:

- „Normalnych ludzi”, czyli turystów nie sprawiających kłopotów (punktualnych, ubranych adekwatnie do rodzaju wycieczki, zaciekawionych i aktywnych);

- „Duchy”, do których zalicza osoby łatwo się dostosowujące, raczej ciche i nie pozostawiające po sobie śladu w pamięci;

- „Baśki”, których głównym zajęciem jest nie zwiedzanie, a robienie zakupów;

- „Sępy kulturalne”, będące kategorią niezwykle ambitnych turystów, których podstawowym celem jest zobaczenie jak największej ilości obiektów w jak najmniejszym przedziale czasu[8].

Powód stworzenia powyższej klasyfikacji Castagno tłumaczy prosto: generalizacja dotyczy wszystkich i tak jak on próbuje zaszufladkować swoich klientów, by ułatwić sobie kontakt z nimi i tym samym własną pracę, tak samo korzystający z jego usług turyści mają obraz świata w jakiś sposób „wypaczony”, np. włoskimi filmami z pięćdziesiątych lat XX w.:

Przedstawiając się, często widzę, jak oczy moich klientów robią się okrągłe ze zdziwienia, bo jestem blondynem i mam niebieskie oczy. A oni, może podświadomie, spodziewali się niewielkiego gościa o kruczoczarnych włosach, zapewne wyposażonego w piękne wąsy w stylu picciotto, jak w Ojcu chrzestnym. Kiedy na dodatek dowiadują się, że nie jestem katolikiem, nie pochodzę z wielodzietnej rodziny i żyję z kobietą bez ślubu, są już całkiem zdezorientowani. Wielu wyobraża sobie Włochy jako kraj, gdzie każdy chodzi na mszę, śluby trwają do końca życia, aborcja wciąż jest nielegalna, a mężczyźni chodzą z mandoliną pod pachą i drumlą w kieszeni[9].

Stopień zaskoczenia w trakcie zderzenia z rzeczywistością zależy rzecz jasna w dużej mierze od indywidualnych cech i „typu” turysty. Myślę jednak, że o sporej części zwiedzających można powiedzieć, że poddają się wyobrażeniom. Korzystając z jakiegoś źródła informacji, potencjalny przyszły turysta dostaje obraz świata, który mu się podoba lub nie. W przypadku trafienia w gusta, może się w nim zrodzić pragnienie zobaczenia ulubionego miejsca na żywo. Nierzadko się jednak zdarza, że urokliwe, sielskie miasteczka z początku wieku dawno już przestały istnieć, albo że romantyczne uliczki Paryża nocą roją się od szczurów. Zawsze jednak podróż poprzedza jakieś wyobrażenie i przygotowanie. Mało kto wychodzi niespodziewanie z domu i ot tak wyjeżdża na kilka miesięcy do zupełnie nieznanych wcześniej Indii[10].

Oczywistym jest, że każda jednostka realizuje trochę odmienny sposób zwiedzania[11] i niewłaściwe byłoby wszystkich porównywać z backpackerami ani utożsamiać z turystami masowymi. Są osoby, które z domu nie wyjeżdżają wcale lub jadą gdzieś tylko po to, by „poleżeć plackiem na plaży” i nie w głowie im męczące chodzenie po okolicy. Są wytrawni zwiedzający, którzy idą metodycznie punkt za punktem i skreślają z listy kolejne obiekty „warte zobaczenia”. Są tacy, którzy jadą gdzieś tylko po to, żeby powiedzieć później, że „byli”, ale samo zwiedzanie ich nie interesuje. Są w końcu i ludzie, którzy zjawiają się w jakimś miejscu bez planu i żadnej wiedzy, chcąc krążyć po okolicy i samodzielnie odkrywać wszystkie atrakcje.

Sposób dotarcia w wybrane miejsce i ewentualnego przemieszczania się również bywa różnorodny. Niektórzy wykupują miejsce w hotelu i nie wychodzą z niego przez cały okres swojego wypoczynku, inni przemieszczają się z miejsca na miejsce samochodami i autokarami, próbując rozpoznać w ciągu krótkiego czasu jak największą przestrzeń. Są w końcu i tacy, którzy realizują indywidualny sposób podróżowania, przebywając drogę np. pieszo albo na rowerze.

To, co opisałam powyżej to rzecz jasna luźne przykłady. Wszystko zależy bowiem od możliwości i fantazji podróżującego. Jednakże mimo, iż  perspektywa obserwowania otoczenia jest różna w zależności od sposobu poruszania się z miejsca na miejsce[12], to trudno nie zauważyć, że merytoryczne przygotowanie do odwiedzenia i zwiedzenia jakiegoś miejsca, jest raczej wspólne wszystkim typom turysty i nie powinno to dziwić. Trudno jest bowiem nie przygotować się w jakikolwiek sposób do wyjazdu, nie przejrzeć przewodników i stron internetowych w poszukiwaniu ciekawych lub ważnych miejsc, które należałoby odwiedzić. Niewiele rzeczy może równać się z żalem odkrycia po powrocie, że niedaleko było coś interesującego, co się przez niewiedzę przeoczyło. Jak można być w Paryżu i nie zobaczyć Wieży Eiffla, pominąć krzywą wieżę przy zwiedzaniu Pizy czy z premedytacją odwrócić w Londynie głowę od Big Bena albo Tower Bridge?

Co więcej, jeżeli odwiedzając jakieś mniej znane miejsce nagle zdobywamy informację o obiekcie wartym zobaczenia, natychmiast ogarnia nas pragnienie odwiedzenia wspomnianej ciekawostki. Świetny przykład takiego zachowania podaje Dario Castagno, opisując pewną kobietę, która odmówiła odwiedzenia kościoła Sant’Antimo, zamiast tego żądając odwiezienia jej do Montalcino, gdzie chciała zrobić zakupy. W tym czasie on i reszta wycieczki zwiedzili budowlę i po kilku godzinach wrócili po marudzącą towarzyszkę. Ta przywitała ich z magazynem w ręku, po czym triumfalnie odczytała malowniczy opis niczego innego jak właśnie kościoła Sant’Antimo, wraz z historią i atrakcjami, które oferował zwiedzającym. Z wielkim rozczarowaniem przyjęła od przewodnika wiadomość, że wycieczka właśnie stamtąd wraca[13]. Takie przykłady, potwierdzające tezę, że „co w folderze, to na celowniku” można by mnożyć…

Z własnego doświadczenia i obserwacji poczynionych w trakcie podróży wiem, jak bardzo wybiórczo turyści podchodzą do zwiedzania. Na odbywającą się w 2010 r. w Szanghaju światową wystawę EXPO został wysłany jeden z najlepiej rozpoznawalnych symboli Danii – pomnik kopenhaskiej Syrenki. Posąg został wywieziony z kraju, a jego miejsce w porcie zajął ogromnych rozmiarów telebim, na którym w czasie rzeczywistym można było zobaczyć syrenkę w duńskim pawilonie wystawowym. Będąc w tym czasie w Kopenhadze, byłam świadkiem swoistych turystycznych pielgrzymek do portu, gdzie kolejne grupy „obfotografowywały” pusty kamień, na którym dotychczas usytuowana była syrenka. W trakcie wizyty w Trokach na Litwie, trudno mi było nie zauważyć tłumu turystów pędzących na zamek i do pobliskich restauracji oraz sklepików z pamiątkami. Równocześnie oddalonego o kilkaset metrów od głównej ulicy równie zabytkowego, acz mniej promowanego w przewodnikach cmentarza karaimskiego nie odwiedza praktycznie nikt, co z goryczą potwierdzają również mieszkańcy. Z tych obserwacji można wyciągnąć wniosek, że turyści odwiedzają to, co w jakiś sposób znają (z opowieści, książek czy programów telewizyjnych) i nie ważne, czy dany obiekt jest w tym momencie obecny czy też nie. Pomijane natomiast są okolice mało rozpowszechnione. Można tym samym odnieść wrażenie, że miejsca mniej rozpoznawalne na pierwszy rzut oka mają mniejszy prestiż, bowiem nie potwierdzają bycia
w rejonie wartym odwiedzenia.

Można próbować doszukiwać się źródła tego zjawiska w rozwoju mediów i dostępności internetu. Można powiedzieć, że to efekt „Nowych Czasów”, wszędobylskiej mozaikowatości, uproszczenia przekazywanych nam informacji itd., jednakże nie będzie to do końca prawdą.  Na przykładzie Zimowych notatek o wrażeniach z lata Fiodora Dostojewskiego można zaobserwować pewną ciągłość modelu zachowań podróżnych, który opisałam do tej pory, a który reprezentuje przytoczony na samym początku Pratchettowski Dwukwiat.

Dostojewski napisał Zimowe notatki… po swojej pierwszej podróży po Europie Zachodniej, którą odbył jako dojrzały, czterdziestoletni człowiek. Ten XIX-wieczny zbiór impresji rozpoczyna się pełnym żałości stwierdzeniem autora, że jest zasypywany prośbami przyjaciół, by opisał im swoje wrażenia z pobytu za granicą, a on nie tylko nie ma nic „szczególnego do opowiadania[14]”, ale także niczego dokładnie nie zobaczył i nie zwiedził. W mniej niż trzy miesiące objechał bowiem dużą część Europy[15], niektóre miejsca odwiedzając dwukrotnie. Wyliczanka „odhaczonych” na mapie miast kończy się konkluzją w formie pytania, czy można cokolwiek dokładnie obejrzeć w tak krótkim czasie.

I znów, wielu z nas będzie to przypominało turystyczne zachowania dnia dzisiejszego. Pogoń za maksymalnie dużą liczbą nieznanych wrażeń jest charakterystyczna dla sporej grupy zwiedzających, zupełnie jakby chcieli „nazwiedzać się na zapas”. Być może jest to próba jak najlepszego wykorzystania okazji, może chęć podniesienia prestiżu swojego wyjazdu, a może swoiste porażenie czarem nieznanego. Nie zmienia to jednak faktu, że takie podejście do turystyki, które można by opisać jako bieganie na czas z miejsca na miejsce, nie pozwala na dokładne poznanie, a jedyne co gwarantuje, to możność potwierdzenia po powrocie do domu, że „było się” w takim a takim miejscu. Dario Castagno także zwrócił na to uwagę i powiązał z tym typem turysty, który określił mianem „sępa kulturalnego”:

Korci ich, żeby poznać każdy fragment historii i wszystkiego dotknąć. Zawsze z przewodnikiem w ręku, żeby zachować kontrolę nad tym, co i gdzie robią. Dla nich wycieczka staje się wyzwaniem: zobaczyć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. To oni wymyślają taki program zwiedzania, aby zobaczyć Sienę, Florencję i San Gimignano w ciągu jednego dnia, zatrzymując się jedynie na lunch. Zmuszają się do tych maratonów z opłakanymi skutkami, bo po powrocie do domu niczego nie pamiętają[16].

Paradoksalnie, takie powierzchowne zapoznanie się z popularnym miejscem wcale nie dyskredytuje zwiedzającego. Brak dokładnego obejrzenia, zwiedzenia, zobaczenia ani tym bardziej poznania, nie powoduje raczej złego nastawienia ani u samych turystów, ani negatywnego odbioru u potencjalnych późniejszych odbiorców relacji z takich wyjazdów. Dodatkowo, stwierdzenie, że było się w jakimś znanym rejonie często wystarczy rozmówcy, bowiem nawet jeśli on sam nigdy w opisywanej przestrzeni nie był, to zdarza się, że i tak zna je doskonale np. z magazynów podróżniczych. Także na to Dostojewski zwraca uwagę w swoich Zimowych notatkach…:

Cóż ja wam napiszę? Cóż opowiem nowego, jeszcze nieznanego, nieopowiedzianego? Komu z nas wszystkich, Rosjan (naturalnie czytających czasopisma), nie jest znana Europa dwakroć lepiej niż Rosja? „Dwakroć” napisałem tu z kurtuazji, bo właściwie to na pewno dziesięciokrotnie[17].

To krótkie stwierdzenie wciąż pozostaje aktualne i dotyka nie tylko wspomnianych rodaków Dostojewskiego, ale większości mieszkańców dzisiejszego świata. Sporo wiemy o innych krajach i ludziach w nich mieszkających, nawet jeśli nigdy tam nie byliśmy. Można to wytłumaczyć prostym stwierdzeniem, że każdy wie, jak wygląda Chiński Mur czy Koloseum, chociaż tylko pewien odsetek z tych osób miał okazję oglądać te obiekty „na żywo”. Wynikałoby z tego, że nawet jeśli nie znamy czegoś „osobiście” i z własnego doświadczenia, nie zawsze będzie to jednoznaczne z traktowaniem tego jako nieznanego. Taki obiekt jak wspomniane Koloseum, tudzież Wieża Eiffla czy Statua Wolności stają się nową kategorią znanego-nieznanego: rozumianego jako coś, czego „nigdy nie widziałem bezpośrednio, ale mimo tego wiem gdzie jest i jak wygląda”.

Można powiedzieć, że rzeczywistą podróż zawsze wyprzedza jakieś wyobrażenie. Na myśl o podróży ogarnia nas często „nienasycona żądza nowego, zmiany miejsc, ogólnych, pełnych, panoramicznych, perspektywicznych wrażeń[18]”, a wszystko w oparciu o zdobytą wiedzę oraz wyobrażenia tworzone na jej podstawie. Czytając książki i czasopisma podróżnicze, oglądając programy i filmy albo słuchając opowieści znajomych, tworzymy w głowach mapy nieznanych nam jeszcze miejsc, fascynujących a nawet mistycznych, ale przede wszystkim – odmiennych od tego, co znamy na co dzień. Nie jest to jednak wyobrażenie podróżnika-odkrywcy, który zmniejsza liczbę białych plam świata i rysuje w swojej głowie obraz nieznanego-nieznanego: często dzikiego, magicznego i bogatego, wykreowanego na bazie własnych pragnień i lęków, a także oczekiwanego z niepewnością, co zobaczy naprawdę przybywszy w końcu na nieznane ziemie. Jako turyści tworzymy inny obraz świata, który zamierzamy odwiedzić. Chociaż nigdy nie byliśmy w miejscu, o którym snujemy marzenia, to paradoksalnie zwykle wiemy dokładnie, co zobaczymy i co może nas czekać, wiemy o słynnych wieżach, mostach, statuach, pałacach i zamkach… Pozwalamy przy tym, by obiekty i ludzie nabierali w naszych wyobrażeniach cech wielkich i szlachetnych. I nawet jeśli wiemy, że nasza wizja jest mało prawdopodobna – ulegamy jej czarowi. A kiedy dochodzi co do czego, spodziewamy się po podróży niezwykłych doznań, wręcz objawień. Oczekujemy wręcz, że „cała »kraina świętych cudów« stanie (…) [przed nami] naraz, z ptasiego lotu, jak ziemia obiecana – z góry, w perspektywie[19]”. Niestety, jakże często jest zgoła inaczej.

Trafiając w wymarzone miejsce nierzadko zderzamy się boleśnie z rzeczywistością. Słynny plac targowy, który obiecywał nam niezwykłe doznania może trącić „cepelią” i „komerchą”. Wszystko może się wydawać wyprute z autentyzmu i obliczone na wyciągnięcie z portfela naszych ciężko zarobionych pieniędzy. Można się z tym pogodzić i wejść w grę z ustaloną konwencją, udając, że nie tylko w ogóle nam to nie przeszkadza, ale wręcz że tego nie zauważyliśmy. Drugą możliwością jest poszukiwanie „autentyzmu” w miejscach mniej znanych i reklamowanych przez przewodniki i biura podróży. Jednakże czy te stragany, które znajdziemy daleko od rynku, mimo iż nie będą już obliczone na „oskubanie” turystów będą autentyczne? Zapewne tak – ze wszystkimi mopami, pokrywkami do garnków i pieskami na baterie – w ten sposób żyją bowiem mieszkańcy miasta. Ale czy będzie to zgodne z naszymi pragnieniami? Niezupełnie. I znów, możemy albo się z tym pogodzić, albo powrócić do zwiedzania głównego targu, razem z hordą innych turystów.

Być może to było przyczyną smutku turystów o których pisał Dostojewski w swoich notatkach:

Zacząłem mówić o nich, o tych wszystkich, co szukają miłego zakątka w Europie, i doprawdy myślałem, że im tam jest lepiej. A tymczasem na ich twarzach maluje się taki smutek… Biedactwa! I co za stały w nich niepokój, jaka chorobliwa, nostalgiczna ruchliwość! Wszyscy chodzą z przewodnikami i chciwie rzucają się w każdym mieście na osobliwość – naprawdę, jakby z obowiązku, jakby nadal pracowali w urzędzie w swojej ojczyźnie. Nie przepuszczą żadnego pałacu o trzech oknach[20], jeżeli jest zaznaczony w przewodniku, ani jednego ratusza, do złudzenia przypominającego najzwyczajniejszy moskiewski czy petersburski dom; gapią się na mięso Rubensa i wierzą, że są to trzy Gracje, bo tak podaje przewodnik; rzucają się na Madonnę Sykstyńską i stoją przed nią w tępym oczekiwaniu: a nuż coś się zdarzy, ktoś wyjdzie spod podłogi i rozwieje ich bezprzedmiotową melancholię i znużenie. I odchodzą zawiedzeni, że się nic nie zdarzyło[21].

W dalszej części swoich wywodów, Dostojewski wspomina o (jak to określa) „angielskich turystach”, którzy bardziej wpatrują się w niesiony przed sobą przewodnik niż w to, co ów przewodnik opisuje, próbując w ten sposób zdobyć dokładnie informacje na temat przedmiotu, który powinni obejrzeć. I ponownie należałoby zadać pytanie – czy nie przypomina nam to czegoś znajomego…?


[1] T. Pratchett, Kolor Magii, przeł. P.W. Cholewa, Pruszyński i S-ka, Warszawa 2003, s. 26-27.

[2] Z. Bauman, Ponowoczesne wzory osobowe, „Studia Socjologiczne” 1993, nr 2, s. 18.

[3] Oczywiście można uznać, że tak bezpośrednie łączenie turystyki z Graund Tours jest pewnym uproszczeniem. Ponieważ jednak wątek narodzin turystyki i jej powiązań z innymi rodzajami zwiedzania świata nie jest tematem tego artykułu, zdecydowałam się na takie uproszczenie, tym bardziej, że podobną genezę turystyki postuluje m.in. Anna Horolets. Wywiad z dr Anną Horolets, rozmawiała Ludwika Włodek, Wakacyjne zbawianie świata, „Gazeta Wyborcza” z 03.07.2011. Tekst dostępny również w Internecie: http://wyborcza.pl/1,76842,9879727,Wakacyjne_zbawianie_swiata.html (dostęp: 5.07.2012).

[4] Oczywiście to tylko jedna z możliwych definicji turystyki ekstremalnej. Istnieje również taka, która interpretuje ją jako wyjazd obarczony wysokim poziomem fizycznej aktywności, nierzadko dość ryzykownej, np. downhill.

[5] W ten sposób definiuje dark tourism m.in. Anna Horolets. Cyt. za: Wakacyjne zbawianie świata, „Gazeta Wyborcza”
z 03.07.2011.

[6] Jest to teza dość kontrowersyjna. Z jednej strony można podejrzewać, że idea backpacingu została zaprzepaszczona a sama metoda zwiedzania świata stała się kolejną formą turystyki masowej. Z drugiej jednak strony backpacing nadal istnieje i ma licznych zwolenników. Ze względu na główną tezę artykułu bardziej skupiam się na pierwszym, bardziej pesymistycznym spojrzeniu na ten właśnie rodzaj turystyki.

[7] D. Castagno, Za dużo słońca Toskanii. Opowieści o Chianti, przeł. A.P. Zakrzewski, Bielsko Biała 2010.

[8] Tamże, s. 222-227.

[9] Tamże, s. 221-222.

[10] Por: M. Bieniek, Hajer jedzie do Dalajlamy, Warszawa 2010.

[11] Zależnie od kilku czynników o różnej skali zmienności, od takich jak wychowanie kulturowe zaczynając, a na stanie majątkowym kończąc.

[12] Wszak miasto oglądane z perspektywy rowerowego siodełka chcąc nie chcąc różni się od oglądu tego samego miasta z perspektywy np. siedzenia w autokarze.

[13] D. Castagno, Za dużo słońca…,  s. 112-114.

[14] F. Dostojewski, Zimowe notatki o wrażeniach z lata, przeł. M. Leśniewska, Czuły Barbarzyńca, Warszawa 2010, s. 5.

[15] Wymienia między innymi Berlin, Drezno, Wiesbaden, Baden-Baden, Kolonię, Paryż, Londyn, Lucernę, Genewę i Wiedeń.

[16] D. Castagno, Za dużo słońca…,  s. 222-223.

[17] F. Dostojewski, Zimowe notatki…, s. 5.

[18] Tamże, s.  8.

[19] Tamże, s.  7.

[20] W Rosji dom o trzech oknach w fasadzie był synonimem skromnej, nawet ubogiej budowli (przyp. tłum.).

[21] Tamże, s. 68.

Bibliografia:Bauman Z., Ponowoczesne wzory osobowe, „Studia Socjologiczne” 1993, nr 2, s. 18.Bieniek M., Hajer jedzie do Dalajlamy, Warszawa 2010.Castagno D., Za dużo słońca Toskanii. Opowieści o Chianti, przeł. A.P. Zakrzewski, Pascal, Bielsko Biała 2010.Dostojewski F., Zimowe notatki o wrażeniach z lata, tłum. Maria Leśniewska, Czuły Barbarzyńca, Warszawa 2010.Kwaśniewski T., wywiad z Krzysztofem Środą, Wszystko jest zagadką, „Newsweek Polska”, nr 13/2013, s. 51.

Mączak A., Życie codzienne w podróżach po Europie w XVI-XVIII wieku, Warszawa 1978

Pratchett T., Kolor Magii, przeł. P.W. Cholewa, Pruszyński i S-ka, Warszawa 2003.

Włodek L., wywiad z dr Anną Horolets, Wakacyjne zbawianie świata, „Gazeta Wyborcza”, 03.07.2011.

 

Strony internetowe:

pl.wikipedia.org/wiki/Backpacking

pl.wikipedia.org/wiki/Lonely_Planet

pl.wikipedia.org/wiki/Terry_Pratchett

Wakacyjne zbawianie świata, http://wyborcza.pl/1,76842,9879727,Wakacyjne_zbawianie_swiata.html .

Zuzanna Orzeł – kulturoznawczyni z Uniwersytetu Śląskiego. Do jej zainteresowań należy teoria i historia magii oraz czarownictwa w Europie, w tym demonologia słowiańska. Interesuje się także kulturą i mitologią skandynawską, obrządkami funeralnymi, kulturą japońską ze szczególnym uwzględnieniem teorii poezji haiku oraz zagadnieniem kobiecej antropologii.