Bez hiszpanskosci

XVI i XVII w. zainicjował w Europie swego rodzaju modę na podróżowanie i spisywanie relacji z wojaży. Spowodowane było to nie tylko zwiększeniem mobilności Europejczyków, ale również chęcią zwiedzania i poznawania odmienności innych narodów[1]. Nagły wzrost liczby osób podróżujących był jedną z bezpośrednich przyczyn rozpoczętego w XV w. w Europie przełomu renesansowego, głoszącego idee wyjścia z panującej wcześniej izolacji w obrębie granic własnych ojczyzn i otwarcia się na „obcość”[2]., a samo podróżowanie było jednym z elementów  dynamicznie rozwijającego się nowego modelu osobowościowego szlachcica bądź bogatego mieszczanina, wyjeżdżającego by pobierać nauki na uniwersytetach dworach obcych państw[3]. Podróżowanie przynoszące znajomość świata stanowiło również jedną z podstawowych wartości etosu angielskiego gentlemana[4]. Właśnie za sprawą Anglika Richarda Lasselsa pojawiło się w Europie określenie Grand Tour. Oznaczało ono zupełnie nowy styl podróżowania, opierający się na krajoznawczej podróży po najważniejszych krajach Europy, na którą wyprawiali się młodzi, bogaci arystokraci. Do programu takiej wielkiej wycieczki wchodziły: Niderlandy, Francja, Włochy oraz zachodnie księstwa Niemiec. Odbycie takiej edukacyjnej podróży było często dla owych młodzieńców podstawą przyszłych sukcesów na ważnych stanowiskach w administracji państwowej[5].

Interesujące wydaje się pytanie, dlaczego trasa krajoznawczego Grand Tour omijała Hiszpanię, będącą w XVI w. wielkim imperium u szczytu swojej potęgi? Henry Kamen twierdzi, że powodem wykluczenia Hiszpanii z trasy dżentelmenów była zła reputacja, jaką miało to państwo ze względu na kulturę osobistą mieszkańców, ale przede wszystkim na warunki zakwaterowania i podróży. Podkreślano również niechęć Hiszpanów do podróżnych przybyłych z zagranicy[6]. John Holles stwierdził, że „przez Hiszpanię trzeba czasem przejechać, ale lepiej się w niej nie zatrzymywać”[7]. Skąd brała się tak fatalna reputacja państwa rządzonego przez Habsburgów? I dlaczego stolica wielkiego, opływającego w złoto imperium nie przyciągała zagranicznych gości?

W dawnych relacjach zagranicznych podróżników odwiedzających Hiszpanię od początku rzuca się w oczy jeden fakt. Mowa o karczmach i gospodach, których stan i warunki noclegowe budziły przerażenie i wstręt u zmuszonych poszukiwać w nich noclegu zagranicznych gości. Brud, robactwo, brak pożywienia i spartańskie warunki to elementy, które powtarzają się w większości relacji podróżniczych po wizycie w Hiszpanii. Pisano na przykład:

Co do wyżywienia, również nauczyłem się wędrować na tutejszą modłę, to znaczy kupować jadło w różnych miejscach, gdyż po drodze nie ujrzycie tu, jak we Francji lub Włoszech, owych oberży, w których można się pożywić i przespać […] Dziwi was zapewne, że w oberżach nie znajdziecie żadnej żywności, jeżeli się jej samemu nie przywiezie. Przyczyną tego są podatki nazywane millón, a obciążające wszystko, co się je i pije […] Litość bierze na widok tych oberży; panujący w nich brud zabija chęć do jedzenia. Kuchnia to miejsce, gdzie roznieca się pośrodku ogień, pod wielką rurą lub kominem, skąd wali dym tak gęsty, iż człek czuje się niby w lisiej jamie, skąd pragną wykurzyć ukryte w niej zwierzę. Kobieta i mężczyzna, podobni dziadom w zawszonych łachmanach, mierzą nam wino, nalewając je z bukłaków […] skutkiem czego najwyborniejsze nawet wino, jakiego niemało wyrabiają w tym kraju, potężnie zalatuje skórą i smołą i staje się niesmaczne[8].

Jak widać, zagranicznych gości odwiedzających Hiszpanię uderzał fatalny stan tamtejszych karczm i oberży, które zupełnie nie spełniały norm i funkcji, do jakich przyzwyczajeni byli podróżni z innych państw Europy Zachodniej. Równie zdziwieni byli podróżni, gdy przybywali do Madrytu. Zmierzając do królewskiej stolicy wielkiego imperium, zagraniczni goście oczekiwali monumentalnego i kwitnącego kulturą wielkiego miasta na wzór Paryża. Jakże wielkie było ich zaskoczenie i niedowierzanie, kiedy ich oczom ukazywała się mało zdobna miejscowość, nie różniąca się za bardzo od innych hiszpańskich miast, a nawet nie dorównująca niektórym z nich rozmiarem i zdobnictwem.

Zaskoczeni cudzoziemcy nie potrafili zrozumieć, dlaczego król tak wielkiego imperium rezyduje w przeciętnym i brudnym mieście. Pełne ludzi, kupców i kramów dziedzińce pałacowe Madrytu przypominały obcokrajowcom raczej place publiczne, niż królewskie[9]. Zagranicznych turystów rozczarowywały również budowle, ponieważ nawet te większych rozmiarów wznoszone były przeważnie z gliny bądź cegieł. Jedynie kamienna fasada odróżniała domy bogaczy od mieszkań ludzi biednych. Budynki mieszkalne posiadały  bardzo małe okna, z reguły bez szyb, za to z kratami chroniącymi przed częstymi wizytami madryckich włamywaczy. Zagraniczni goście, niezależnie od pochodzenia, w swoich wspomnieniach z Madrytu jednogłośnie zwracali również uwagę na panujący w stolicy imperium brud oraz wszechobecny fetor spowodowany brakiem kanalizacji i, co za tym idzie, swobodnym opróżnianiem przez mieszkańców zawartości nocników na ulice miasta[10].

Tak zwane „hiszpańskie nocniki”[11] stawały się głównymi bohaterami wielu opowieści i relacji z podróży do Hiszpanii wśród autorów, którzy nie byli wystarczająco ostrożni, przechadzając się nocną porą ulicami Madrytu. Jednym z poszkodowanych był pewien angielski dworzanin, który w takich słowach opisał swój spacer po mieście:

[…] Nocą wracałem do naszej gospody, gdzie po drodze tak wiele rzeczy opróżniano na ulice, że niemal nas to zatruło. Jest zwyczajnym obyczajem, że o 11 w nocy każdy te rzeczy wylewa na ulicę, a następnego dnia wszystko tak wysycha, jakby tej rzeczy całkiem nie było. Pragnęliśmy wiedzieć, jak można znosić tak bydlęcy zwyczaj; mówili, że to jest zalecane przez lekarzy, powietrze bowiem jest tu tak delikatne, że taki sposób psucia gołymi wyziewami utrzymuje w równowadze[12].

Niewątpliwie, brudne i mało monumentalne miasto kontrastowało z wielkimi i efektownymi uroczystościami organizowanymi przez dwór królewski. Na madryckim dworze monarchy panowało bowiem ożywione i widowiskowe, aczkolwiek ściśle skodyfikowane, życie towarzyskie. Przebywała tu cała masa podwładnych, którzy zmuszeni byli do surowego przestrzegania zasad dworskiej etykiety. Dotyczyła ona również samego króla, którego cykl dnia był ściśle ustalony przez normy zachowań i nikt ani nic nie śmiało tego cyklu zakłócić. Specjalizacja przypisanych do dworzan i urzędników funkcji i obowiązków była tak wysoka, że nikt poza osobą wyznaczoną do danej czynności nie miał prawa jej wykonać. Ważną rolę pełnili tu również nadworni błaźni, jednak dworska etykieta z góry ustalała, kto powinien na ich występy reagować śmiechem, a kto musiał zachować pełną powagę[13].

Rozkwit dworskiego życia w Hiszpanii przypadł na okres „złotego wieku”, kiedy to do zorganizowania kosztownej i hucznej uroczystości wystarczał najmniejszy pretekst. Pokazy fajerwerków, fety, bale i maskarady odbywały się w stolicy Hiszpanii bardzo często, a ich koszty nieraz osiągały niebotyczne sumy. Sam dwór niejednokrotnie zmuszony był żyć bardzo ubogo i nie stać było go na artykuły pierwszej potrzeby, a król musiał odżywiać się często niczym zwyczajny Hiszpan. Priorytetem było bowiem organizowanie tych drogich i wystawnych przyjęć, które świadczyć miały o zamożności dworu i rodziny królewskiej, a których liczba i rozmach powodowały rzeczywistą biedę monarchy, jego rodziny i najbliższych poddanych. Dwór był pełen szlachciców, z których każdy szukał okazji, aby wkupić się w łaski króla bądź jego faworytów, a dodatkowo każdy z nich otaczał się swoją własną liczną służbą, towarzyszącą mu na każdym kroku[14].

„Sława” Madrytu jako miasta zacofanego, brudnego i ubogiego utrzymywała się przez bardzo długi czas. Francuski pisarz Teofil Gautier w XIX w. podkreślał niewątpliwy urok stolicy Hiszpanii, jednak niemalże na każdym kroku zaznaczał jej niedostatki w porównaniu do „jego” Paryża. Tak pisał na temat madryckich kawiarni: „Nam, przyzwyczajonym do olśniewającego i feerycznego przepychu kawiarni paryskich, kawiarnie Madrytu zdają się istnymi szynkami dwudziestej piątej kategorii; dekoracja ich wnętrz przypomina bardzo udatne baraki, gdzie pokazuje się brodate kobiety i żywe syreny”[15].

Gautier z równie wielkim odrażeniem opisywał wnętrza hiszpańskich domów. Choć z zewnątrz przyjemne i nowoczesne, a wewnątrz przestronne i wygodne[16], ich umeblowanie  wprawiało  Francuza w osłupienie:

Te nieliczne meble, które znajdują się w mieszkaniach hiszpańskich, są w okropnym guście przypominającym styl Messidora i styl Piramid. Kształty Cesarstwa kwitną tu w całej pełni. Znajdziecie tu mahoniowe pilastry zakończone głowami sfinksów z zielonego brązu, mosiężne listewki i girlandy pompejańskie, które od dawna zniknęły z powierzchni świata cywilizowanego; ani jednego mebla z rzeźbionego drewna ani jednego stołka inkrustowanego masą perłową, ani jednej zastawy z laki, nic; dawna Hiszpania nie istnieje, pozostało z niej kilka perskich dywanów i kilka adamaszkowych zasłon […] nie mam odwagi mówić o strasznych kolorowych rycinach, mających niewczesną pretensję do upiększania ścian[17].

W XIX w. Adolf Pawiński, polski historyk i archiwista, podsumował Madryt w taki oto sposób:

Tylko nieśmiertelne dzieła sztuki, tylko bogactwo artystyczne stanowi w Madrycie niewyczerpaną krynicę rozkoszy estetycznych. […] Poza tym pięknem nie posiada miasto nic, co by ogólniejsze, wszechludzkie miało znaczenie, co by turystę dłużej przykuć do siebie mogło na chwilę, nad czas zaspokojenia ciekawości pobudzonej wieloma odrębnościami szczegółów życia codziennego, społecznego, wreszcie politycznego. Toteż podróżnicy zwykle pośpiesznie rzucają okiem na wszystkie inne, poza galerią obrazów albo poza areną krwawych zapasów, zjawiska ruchu i życia, wynosząc o nich pojęcia słabe, niedoskonałe, a nieraz błędnie skrzywione[18].

Stolica Hiszpanii nie zachwyciła także noblisty Henryka Sienkiewicza, który w 1888 r. wybrał się w podróż do tego kraju. Sienkiewicz podszedł do swojej wycieczki bardzo przezornie, albowiem jeszcze w Paryżu, przed wyruszeniem w drogę, rozważał zaopatrzenie się w rewolwer, aby czuć się bezpieczniej. Z pomysłu tego ostatecznie zrezygnował, ograniczając się do zakupu trzosu w formie pasa, który jednak nie uchronił go przed kradzieżą portfela przez kieszonkowców w Barcelonie[19]. Autor Trylogii wielokrotnie w swoich listach narzekał na opieszałość kolei hiszpańskich, zły stan dróg, powolne podróżowanie i przeszkadzających mu pasażerów. Zachwyciła Sienkiewicza dopiero Andaluzja, południowa część Hiszpanii, będąca bardzo długo pod panowaniem arabskim, co odcisnęło się wyraźnie na jej wizerunku. Arabskie budowle zrobiły na Polaku wrażenie i nawet denerwujący, stale głośno potakujący mu angielscy turyści nie odstraszyli go. Uznał Sewillę za esencję Hiszpanii istniejącej w ludzkich wyobrażeniach[20]:

Wszystko to oświecone jak w dzień. Pod galerią i wśród egzotycznych krzewów pełno ławek. Tam się po obiedzie pije czarną kawę, tam się spaceruje, tam czułe pary patrzą to w gwiazdy, to sobie w oczy. Sewilla jeszcze podobniejsza do tej Hiszpanii, o której się czytało i marzyło. Z wielu patios w mieście dochodzi dźwięk gitar, na ulicach więcej pierwotnych kostiumów. Wszystko bardzo odmienne od kosmopolitycznego życia, pełne charakteru i bardzo poetyczne[21].

Podobne zdanie wyrażał również pianista Artur Rubinstein:

Ale dopiero Sewilla, Kordoba i Granada sprawiły, że zakochałem się w Hiszpanii; to była ta Hiszpania, o jakiej marzyłem. Hiszpania, którą pragnąłem poznać. Zdaję sobie sprawę, że wielu moich hiszpańskich czytelników pokiwa głową: jeszcze jeden, dla którego nasz kraj to tylko España de la pandereta [Hiszpania tamburynu] – jak to drwiąco określany bywa kraj flamenco[22].

Tak jak i innych gości, również polskiego noblistę zawiodła jednak stolica Hiszpanii. Pisał bowiem:

Rano o dziesiątej przyjechałem wprost z Sewilli do Madrytu. Poszedłem zaraz na pocztę i – wielkie zmartwienie, a jeszcze większy niepokój, bo nie znalazłem nic… W tym usposobieniu Madryt, o ile go dziś obejrzałem, niezbyt mi się podoba. Może to dlatego, że wprzód widziałem południe, które w życiu i pomnikach zachowało więcej charakteru hiszpańskiego […] Podworców takich jak w Granadzie i Sewilli tu nie ma. Hotel de Paris, niby jeden z pierwszych, ani się umywa do Fonda Madrid w Sewilii […] Madryt niezbyt mi się podoba. Sławna Puerta del SolPrado są to rzeczy piękne z daleka – z bliska zaś Puerta redukuje się do niezbyt wielkiego placu, na którym nie ma nic osobliwego, a Prado to rodzaj Pól Elizejskich, zmniejszony do odpowiedniej Madrytowi proporcji[23].

Jak widać, wśród zagranicznych turystów przeważają negatywne opinie na temat Madrytu. Goście odwiedzający stolicę Hiszpanii narzekali na brak oczekiwanej monumentalności oraz „hiszpańskości”. Co mieli jednak na myśli, mówiąc o braku w Madrycie ducha Hiszpanii? Wydaje się, że turystów rozczarowywał brak literackiego, obrazowego, potocznie znanego, w pewnym sensie stereotypowego wizerunku Hiszpanii „orientalnej”, z tańcami flamenco, dźwiękami gitary, ze śladami wielkiej rekonkwisty, krótko mówiąc – tego wielokulturowego, multietnicznego państwa, będącego unią koron Kastylii, Aragonii, Granady i Nawarry, czterech odrębnych, a zarazem autonomicznych regionów historycznych,  zrzeszonych pod królewskim berłem. Tak jak pisał Artur Rubinstein, turyści udając się do stolicy Hiszpanii, chcieli zwiedzać kraj flamenco.

Dlaczego Madryt tych wrażeń nie dostarczał? Historia stolicy Hiszpanii jest dość specyficzna, bo dopiero w XVI w. to niegdyś niewiele znaczące hiszpańskie miasto przerodziło się w stolicę wielkiego imperium. W roku 1561 Filip II zdecydował się przenieść urząd królewski właśnie do Madrytu. Jednakże już jego następca, Filip III, w 1601 r. przeniósł królewski dwór do Valladolid, a dopiero po pięciu latach wraz ze swoim dworem powrócił  do Madrytu[24].

Madryt w pewnym sensie stał się tożsamy z dworem, tworząc z nim wielką jedność. Dwór dawał ludziom pracę i mowa tutaj nie tylko o administracyjnych stanowiskach, ale również o kupcach, handlarzach i rzemieślnikach, którzy swoje zawody wykonywali dla dworzan. Dwór nie mógł istnieć bez mieszkańców, a mieszkańcy bez dworu, o czym świadczy wielki kryzys, który ogarnął miasto w momencie, kiedy Filip III przeniósł się wraz ze swoją świtą do Valladolid. Wraz ze wspomnianym powrotem, powróciło do miasta życie, tłum i wielki ścisk[25].

Madryt jest zatem stolicą specyficzną, zbudowaną nie w momencie, kiedy państwo hiszpańskie tworzyło swoje podstawy i rozpoczynało walkę o prym w Europie, ale wtedy, gdy ów prym już osiągnęło[26]. Nie stało się więc ikoną budującej się wielokulturowej „hiszpańskości”, ale raczej symbolem imperium już gotowego i manifestacją potęgi Kastylii, stanowiącej centrum państwa hiszpańskiego, a zarazem centralną siłę, która utrzymuje w jedności korony Kastylii, Aragonii, Granady i Nawarry. Czy Madryt jest przez to miastem gorszym i mniej wartościowym dla zwiedzających? To już indywidualna decyzja każdego turysty, zależna od jego upodobań i oczekiwań. Na zakończenie warto przywołać słowa Tadeusza Peipera, który na stwierdzenie, iż „Madryt nie ma charakteru”[27], odpowiadał:

Niby dlaczego? Dlatego, że jego architektura nie ma odrębności hiszpańskiej? Chcielibyście, aby domy i gmachy w Madrycie wyglądały inaczej niż w Paryżu lub Mediolanie, prawda? Ale wymaganie wasze może być słuszne jedynie z zastrzeżeniem, którego wy nie robicie: że odrębności stworzone przez Madryt byłyby w zestawieniu z tym, co ukazuje Paryż lub Mediolan, udoskonaleniem […] Zdaje się, że dzieje Madrytu można ująć jako gwałtowne stwarzanie charakteru, a potem gwałtowne niszczenie go. Gdyby Madryt zachował ślady owej epoki, kiedy  Maquerit był tylko fortecą broniącą dworu mauretańskiego w Toledo, owej epoki, kiedy to opasowały go mury zbudowane na sposób muzułmański, a zamykające w sobie mocny al czar i wyniosły meczet, gdyby zachował z owej epoki kilka choćby monumentów – na pewno miałby dzisiaj dużo charakteru[28].


[1] Por. A. Mączak, Odkrywanie Europy, Wydawnictwo Novus Orbis, Warszawa 1998, s. 5.

[2] Por. R. Pollak, Wstęp, w: Łukasz Górnicki, Dworzanin polski, red. Roman Pollak, Zakład im. Ossolińskich, Wrocław 1954, s. XXXVI–XXXVII.

[3] Por. A. Mączak, Odkrywanie Europy…, s. 5.

[4] Por. M. Ossowska, Ethos rycerski i jego odmiany, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2000, s. 132.

[5] Por. A. Mączak, Odkrywanie Europy…, s. 7.

[6] Por. H. Kramer, Imperium hiszpańskie. Dzieje rozkwitu i upadku, przeł. T. Prochenka, Wydawnictwo Bellona, Warszawa 2008, s. 518–519.

[7] Tamże, s. 519.

[8] M. Defourneaux, Życie codzienne w Hiszpanii w wieku złotym, przeł. E. Bąkowska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1968, s. 11.

[9] Tamże, s. 39–40.

[10] Zob. Tamże, s. 50–52.

[11] Taką nazwę Antoni Mączak nadał hiszpańskiemu sposobowi pozbywania się nieczystości. Por. A. Mączak, Odkrywanie Europy…, s. 181.

[12] Tamże, s. 182.

[13] Por. M. Defourneaux, Życie codzienne…, s. 40–43.

[14] Por. Tamże, s. 44-48.

[15] T. Gautier, Podróż do Hiszpanii, red. Paweł Hertz, przeł. J. Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1979, s. 81.

[16] Por. Tamże, s. 86–87.

[17] Tamże, s. 88.

[18] A. Pawiński, Hiszpania. Listy z podróży, w: Hiszpania malowniczo-historyczna. Zapirenejskie wędrówki Polaków w latach 18381930, red. P. Sawicki, Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 1996, s. 199.

[19] Por. H. Sienkiewicz, Listy z podróży do Hiszpanii, w: Hiszpania malowniczo-historyczna…, s. 253–254.

[20] Por. Tamże, s. 254–260.

[21] Tamże, s. 260.

[22] A. Rubinstein, Początki hiszpańskiej kariery, w: Tamże, s. 338.

[23] H. Sienkiewicz, Listy z podróży do Hiszpanii, w: Tamże, s. 260–262.

[24] Por. M. Defourneaux, Życie codzienne…, s. 38–39.

[25] Por. Tamże, s. 39.

[26] Nie chodzi oczywiście o samo powstanie miasta, którego historia sięga starożytności, ale „budowę” Madrytu jako stolicy i miasta królewskiego.

[27] T. Peiper, Madryt królewski, królewskie kaprysy, w: Hiszpania malowniczo-historyczna…, s. 353.

[28] Tamże, s. 354–355.

Bibliografia:

Defourneaux M., Życie codzienne w Hiszpanii w wieku złotym, przeł. E. Bąkowska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1968.

Gautier T., Podróż do Hiszpanii, red. Paweł Hertz, przeł. J. Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1979.

Górnicki Ł., Dworzanin polski, red. R. Pollak, Zakład im. Ossolińskich, Wrocław 1954.

Kramer H., Imperium hiszpańskie. Dzieje rozkwitu i upadku, przeł. T. Prochenka, Wydawnictwo Bellona, Warszawa 2008.

Mączak A., Odkrywanie Europy, Wydawnictwo Novus Orbis, Warszawa 1998.

Ossowska M., Ethos rycerski i jego odmiany, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2000.

Hiszpania malowniczo-historyczna. Zapirenejskie wędrówki Polaków w latach 18381930, red. P. Sawicki, Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 1996.

Kamil Kozakowski – redaktor “Pracowni Kultury”, magister kulturoznawstwa (specjalność Teoria i Historia Kultury). Zainteresowany i zafascynowany historią oraz kulturą Hiszpanii, ze szczególnym uwzględnieniem regionu Katalonii.