PK3.5

Jeśli uznamy za prawdziwą teorię wędrówki kontynentów, Afryka jest prawdopodobnie najstarszym kontynentem na ziemi. Czarny Ląd uważa się też za kolebkę ludzkości, co ma poparcie w odkryciach paleoantropologicznych. To w jego wschodniej części odnaleziono ślady naszych przodków, którzy miliony lat temu jeszcze jako homo erectus rozprzestrzenili się najpierw w samej Afryce, a następnie zasiedlili Europę, potem Azję i Oceanię, aż wreszcie, przedzierając się przez Cieśninę Beringa dotarli do Ameryki. To ostatnie wydarzenie miało miejsce zaledwie około 18 tysięcy lat temu, a dokonali go już homo sapiens[1]. Wiedza ta nie zmienia faktu, że to Europie, a nie Afryce przypadło określenie „stary kontynent”. Przydomek ten brzmi dumnie, przywołuje pozytywne skojarzenia o długiej tradycji i nasuwa przeświadczenie, że to w Europie zaczęła się cywilizacja. Europa mówi o sobie samej jako o lepszej części świata. Inaczej jest, gdy przychodzi nam opisać Afrykę. W zbiorowej wyobraźni zachodniej cywilizacji jest ona krainą nędzy i głodu[2]. To kontynent biedny, prymitywny, dziki, zacofany i niebezpieczny. Jeśli weźmiemy pod uwagę faktyczną biedę niektórych obszarów, nękające ludność choroby oraz wysoką śmiertelność, to oczywiście część tych wyobrażeń pokryje się z prawdą. Taki stan rzeczy wynika przede wszystkim z trudnych warunków klimatycznych. Długi okres pory suchej w obszarach rolniczych oraz kataklizmy naturalne, charakterystyczne dla tego lądu, są powodem niedostatku pożywienia, a więc i zwiększonej umieralności z powodu głodu. Upały panujące na większości obszaru kontynentu są przyczyną fizycznego i umysłowego osłabienia ludności, sprzyjają też rozwojowi chorób. Specyficzne zagrożenie dla życia Afrykanów stanowi także fauna. Jest to jednak nic w porównaniu z największym problem – śmiercią głodową, która będąc następstwem długotrwałych susz, a co za tym idzie, niedostatków żywności, dziesiątkuje tamtejszą ludność[3].

Europa widzi Afrykę jako świat ludów prymitywnych. Co więcej, naukowo uzasadnione pojęcie „pierwotnego” odnoszące się między innymi do ludów afrykańskich, które powinno zastępować przymiotnik „prymitywne”, również jest kojarzone pejoratywnie. Pisał o tym Andrzej Zajączkowski w książce Czarna Afryka wczoraj i dziś:

„Pierwotne” to polski odpowiednik terminu „prymitywne”, terminu w różnym kształcie (ale z zachowaniem tego samego rdzenia) występującego we wszystkich językach zachodnioeuropejskich. Jeżeli nie używamy terminu „prymitywne”, to dla tego przede wszystkim, że w naszym języku przymiotnik ten jest obdarzony wyraźnie ujemnym akcentem wartościującym, a nauka strzec się musi mimowolnego wartościowania. „Pierwotne” rozumiemy więc – często wbrew intuicji – w sensie „pierwsze”, „elementarne”, „proste”[4].

Jak jednak inaczej nazwać przestrzeń, której nie znamy, a która w opozycji do naszego „Pierwszego Świata” została uznana w oficjalnym dyskursie za „Trzeci Świat”? Wiemy, że Afryka jest inna, jest odmienna, ale traktujemy panującą w niej rzeczywistość jako przeciwieństwo rozwoju. „Odmienna” znaczy tutaj „gorsza”. Ten dyskurs został zapoczątkowany przez Europejczyków, którzy po odkryciu tego tajemniczego lądu i dokonaniu ekspansji, zaczęli go kolonizować. Podzielili Afrykę nie bacząc na tradycyjną organizację życia mieszkańców, która została zniszczona przez nowe, obce i pomyślane pod kątem interesów struktury. Wystarczy spojrzeć na mapę polityczną kontynentu, aby dostrzec, że granice państw są wytyczone geometrycznie, jakby podział odbywał się przy pomocy linijki. Zmiany, jakie zaszły na całym kontynencie afrykańskim pod wpływem zewnętrznych działań, były dla niego bolesne i głębokie. Odmienność Afryki była dla kolonistów widoczna na każdym kroku. Nieznane w Europie formy gospodarki takie, jak koczownicza lub żarowa, sakralna wartość zwierząt hodowlanych oraz ziemi, brak pieniądza, a tym samym handlu w europejskim znaczeniu tego słowa, były dla najeźdźców niepojętym zjawiskiem[5]. Ponadto specyficzna organizacja rodziny oraz klanów oparta o skomplikowane struktury pokrewieństwa, a przede wszystkim niezrozumiały dla Europejczyków bogaty świat praktyk magicznych i rytuałów, kult przodków, a także charakterystyczny dla tej kultury etnocentryzm kosmologiczny[6] – to wszystko było w oczach kolonizatorów dowodem zacofania. Dlatego też, posługując się hasłami cywilizacji i rozwoju, rozpoczęli oni niszczenie zastanych struktur i wprowadzanie na ich miejsce własnych, europejskich rozwiązań. W ten sposób doszło na przykład do desakralizacji wodza oraz ziemi, a poprzednią organizację gospodarczą zastąpiły struktury systemu kapitalistycznego[7]. Wprowadzono podatki, niewolniczy system pracy, stworzono infrastrukturę na wzór europejski oraz podzielono społeczeństwo na klasy[8]. Afryka stała się przestrzenią dwóch światów, istniejących obok siebie na nierównych prawach. Jeden z nich należał do białych kolonizatorów, którzy zamknięci w swoich dzielnicach odgradzali się od Afrykanów murem zbudowanym z uprzedzeń i pogardy. Taki stan rzeczy trwał kilkadziesiąt lat, podczas których zniewoleni Afrykanie walczyli w szeregach europejskich wojsk, zdobywali wykształcenie i przede wszystkim świadomość swojej wartości, aby w końcu zbuntować się i rozpocząć walkę o niepodległość. Niespodziewanie Afryka stała się areną protestów i rewolucji jednoczących cały kontynent przeciw wspólnemu wrogowi – białemu kolonizatorowi z Europy[9]. Oczy reszty świata zwróciły się ku Czarnemu Lądowi, aby śledzić przebieg i rezultaty rebelii. To właśnie w tym czasie przybył tam Ryszard Kapuściński. Była druga połowa lat pięćdziesiątych, a burzliwe okoliczności tego okresu czyniły z niego nie tylko reportera, ale w równym stopniu, a może przede wszystkim korespondenta wojennego. Afryka była owładnięta pragnieniem wyswobodzenia się z sideł kolonializmu, pełna wiary w to, że uda się jej odzyskać utraconą wolność. Kapuściński stał się bezpośrednim świadkiem tego, jak Afrykanie zbierają siły do zdetronizowania białego najeźdźcy. Śledził poczynania kolejnych państw, które drogą rewolucji sięgały po niepodległość. To, czego wtedy doświadczył opisał w reportażach wydanych później w zbiorach: Czarne gwiazdy oraz Gdyby cała Afryka. Chociaż jego przygoda z tym niezwykłym światem rozpoczęła się w czasie wydarzeń niebezpiecznych także dla niego samego, wracał tam, ilekroć tylko mógł. W przeciągu tych lat wydał słynnego Cesarza, w którym zawarł opis Afryki już innej od tej, którą zastał na początku. Ta książka rozsławiła nazwisko dziennikarza. Później przyszedł czas na Heban, kolejny zbiór reportaży. Afryka zajmuje bardzo ważne i obszerne miejsce w każdych jego rozważaniach i zapiskach, które prowadził przez lata, a także w wywiadach. Kapuściński na wiele sposobów przybliżał Afrykę polskiemu i zagranicznemu czytelnikowi. Mimo tak wielu uznanych publikacji i czasu, jaki autor spędził w Afryce oraz jak dużo miejsca poświęcił jej w swojej twórczości, on sam twierdzi, że:

Ten kontynent jest zbyt duży, aby go opisać. To istny ocean, osobna planeta, różnorodny, przebogaty kosmos. Tylko w wielkim uproszczeniu, dla wygody, mówimy – Afryka. W rzeczywistości, poza nazwą geograficzną, Afryka nie istnieje[10].

Między tymi słowami zawarta jest myśl o ludziach, wydarzeniach, kulturze, które tworzą ten niedający się łatwo opisać ląd. A jednak Kapuściński dokonywał tego opisu, właśnie przez relacjonowanie spotkań z innym człowiekiem i z inną kulturą tam obecną. Aby to zrobić musiał poznać ten świat, zintegrować się z nim. Świat ten był obcy nie tylko dla niego, ale także dla przyszłych czytelników jego reportaży. Dodatkowa trudność polegała na tym, że autor sam był obcym, przy czym „obcy” był objęty negatywną konotacją wynikającą z jego europejskiego pochodzenia i koloru skóry. Jak zatem reporter poradził sobie z poznaniem i opisaniem tego tajemniczego i nieokiełznanego kosmosu, jakim jest Afryka? Jakie było to poznanie? I jak, dzięki poznaniu autora, tę samą Afrykę mogli poznać jego czytelnicy?

Afryka to kraina sprzeczności. Z jednej strony, egzystencja tam jest zagrożona wieloma niebezpieczeństwami wynikającymi z warunków naturalnych, ale też faktycznym zacofaniem pogłębianym przez zależność ekonomiczną od krajów rozwiniętych. Jednak z drugiej strony, jedną z głównych cech kontynentu afrykańskiego jest olbrzymia różnorodność, która nie ogranicza się tylko do sfery natury. Równie zróżnicowana jest kultura Afryki, obejmująca mnóstwo odrębnych tradycji, wierzeń i języków. Kontynent ten, w gruncie rzeczy jest bardzo bogaty, jeśli wziąć po uwagę kulturową różnorodność oraz jego nieokiełznane piękno. Kto jednak myśli dziś o Afryce w ten sposób? Kapuściński pisał w Hebanie:

Wjechaliśmy na ogromną równinę Serengeti, największe na świecie skupisko dzikich zwierząt. Wszędzie, gdzie spojrzeć, olbrzymie stada zebr, antylop, bawołów, żyraf. Wszystko to pasie się, hasa, bryka, cwałuje. A jeszcze tuż przy drodze nieruchome lwy, trochę dalej – gromada słoni, a jeszcze dalej, na linii horyzontu, wielkimi susami pomykający lampart. Nieprawdopodobne to wszystko, niewiarygodne. Jakby widziało się narodziny świata, ten szczególny moment, kiedy jest już ziemia i niebo, kiedy są – woda, rośliny i dzikie zwierzęta, a jeszcze nie ma Adama i Ewy. A więc właśnie ten świat ledwie narodzony, świat bez człowieka, a to znaczy – także i bez grzechu, widzi się tutaj, w tym miejscu, i jest to naprawdę wielkie przeżycie[11].

Podobnych fragmentów, w których autor zachwyca się naturą Afryki jest wiele. Pojawiają się też opisy, gdzie zachwyt ustępuje miejsca grozie, jak na przykład w relacji ze spotkania z olbrzymią kobrą:

Zamarłem. Zdrętwiałem do tego stopnia, że zamiast szybko cofnąć rękę z żarzącym się papierosem, trzymałem ją nadal nad głową węża. W końcu jednak zdałem sobie sprawę z sytuacji: byłem więźniem śmiercionośnego gada[12].

W samych opisach przyrody, nie zawsze dla człowieka łaskawej, ale równie często niewiarygodnie pięknej, Kapuściński zamyka ową sprzeczność, która cechuje Afrykę. Przede wszystkim jednak, jego reportaże ciągle przypominają czytelnikowi, że Afrykę tworzą ludzie. I choć są to inni ludzie, tak samo lub nawet bardziej zasługują na to, by o nich mówić. Ważne jest to, że ci ludzie nie tylko różnią się od Zachodniego świata, ale także między sobą:

Afryka to też mozaika ras. Są i Bantu, i Buszmeni, i Arabowie, i Semici. Różne rasy, które się bardzo różnią wyglądem i kolorem skóry. Mamy więc tu do czynienia ze złożoną sytuacją kulturową i cywilizacyjną, którą dla uproszczenia, z niewiedzy lub z lenistwa, traktujemy po prostu jako Afrykę. A to w rzeczywistości jest wielka mozaika i skarbnica kultur, ras, religii. Bardzo złożony świat[13].

Reportaże Ryszarda Kapuścińskiego, jego zapiski, wywiady z nim, są potężną skarbnicą wiedzy historycznej na temat Afryki. Zawierają się w nich fakty i szczegółowe opisy autentycznych wydarzeń. Wiele tekstów jest przy tym pozbawionych refleksji i komentarzy odautorskich. W takim stylu, pisane były materiały przeznaczone dla Polskiej Agencji Prasowej, które Kapuściński opublikował później w Gdyby cała Afryka. Nic zresztą dziwnego, biorąc pod uwagę specyfikę pracy reportera, mającego za zadanie wiernie odzwierciedlić sytuacje, w których uczestniczy. Dodatkowe znaczenie miało wykształcenie Kapuścińskiego – był przecież historykiem. Dlatego tak często, podczas opisu aktualnych w danej chwili wydarzeń, autor odwołuje się do czasów odległych o dziesiątki i setki lat. Dzięki temu czytelnik poznaje przyczyny obecnego stanu rzeczy i wie, jak kształtowała się dana sytuacja społeczna, polityczna czy kulturowa. Obecne zdarzenia, takie jak przewroty, wojny, zmiany w strukturach władzy, choć skomplikowane, stają się dla odbiorcy bardziej zrozumiałe. Zatem w reportażach z Afryki znajdziemy zarówno relacje z toczących się wojen domowych w Liberii czy w Angoli, ale też opis konferencji berlińskiej lub złożonych stosunków panujących w Rwandzie między Hutu a Tutsi.

Kapuściński często podkreślał, jak ważne jest dla niego bycie w samym centrum wielkich wydarzeń, niezależnie od niebezpieczeństw, jakie niosło ze sobą śledzenie rewolucji od środka. Być może wynikało to stąd, że autor sam wychowywał się i dorastał w czasie wojny. Nie zmieniło to faktu, że wielokrotnie znalazł się w opałach, a z niektórych opisów wynika, że kilka razy ledwo uniknął śmierci. Świadczy to o jego wielkim zaangażowaniu w pracę, która przez pogłębione poznanie afrykańskiej kultury, była nie tylko pracą reportera i korespondenta wojennego, ale też zbliżyła się do warsztatu antropologa kultury. Widać to, gdy Kapuściński opisuje życie codzienne ludzi, wśród których przebywa. Objaśnia ich obyczaje, wierzenia, zasady, według których żyją, ale też bolączki i problemy, specyficzne dla afrykańskiej rzeczywistości.

Przeciętny biedny Afrykanin stara się zjeść coś raz dziennie. (…)Nieraz uda się dostać jakąś rację żywnościową, np. kukurydzę. Jedzą taką rozgotowaną kukurydzę lub robią fufu z manioku. Tłucze się ten maniok, robi ciasto, tym kobiety zajmują się cały dzień. Jeżeli jest sos, to się oblewa sosem, zwykle bardzo ostrym. Jeżeli się do tego ma kawałek kurczaka, to już jest luksus, a jeśli gotowane jajko, to się je macza w tym sosie. Tak się je. Gdy jest ryż, to się gotuje ryż i się go je z tym sosem. Zamożniejsi mogą pozwolić sobie na szaszłyk z cebulą, pomidorem. W rejonie wilgotnego tropiku często jada się zielone banany, ale są niejadalne na surowo, gotuje się je na papkę[14].

Kapuściński przedstawia rzeczy zwykłe, codzienne, a przez to pokazuje specyfikę afrykańskiej rzeczywistości. Opisując, jak w Afryce zapełniają się autobusy i jak długo trzeba czekać na ich odjazd, tłumaczy stosunek Afrykanów do upływającego czasu:

Toteż Afrykanin, który wsiada do autobusu, nie pyta, kiedy autobus odjedzie, tylko wchodzi, siada na wolnym miejscu i od razu zapada w stan, w jakim spędza znaczną część swojego życia – w stan martwego wyczekiwania.

- Ci ludzie mają fantastyczną zdolność czekania! – powiedział mi mieszkający tu od lat Anglik. – Zdolność, wytrwałość, jakiś inny zmysł!

Gdzieś w świecie krąży, płynie tajemnicza energia, która, jeżeli zbliży się i nas wypełni, da nam siłę, aby uruchomić czas – coś zacznie się dziać. Dopóki jednak to nie nastąpi, trzeba czekać – wszelkie inne zachowanie jest złudą i donkiszoterią[15].

Opowiadając o kolejnych czynnościach odbywających się w afrykańskiej wiosce pod jednym i tym samym drzewem, tłumaczy z kolei, jak wygląda tam organizacja życia społecznego i od czego jest uzależniona. Rano miejsce pod wielkim mangowcem może zastępować szkolną klasę, a w godzinach południowych mieszkańcy wioski kryją się w jego cieniu przed upałem. Wieczorami drzewo pełni już inną funkcję:

Godziny popołudniowe są najważniejsze – starsi zbierają się pod drzewem na naradę. Mangowiec jest jedynym miejscem, gdzie mogą zejść się i rozmawiać, gdyż we wsi nie ma żadnego większego pomieszczenia. Ludzie przychodzą tu na takie zebranie pilnie i ochoczo, Afrykanie to natury kolektywistyczne, mające wielką potrzebę uczestniczenia we wszystkim, co jest życiem zbiorowym[16].

Opis prostych spraw przekłada się potem na uniwersalne odniesienia, prawidła występujące w każdej kulturze. Najbardziej znaczącym tego przykładem jest Cesarz, w którym autor w pełni oddając głos swoim rozmówcom, tworzy obraz dający się odnieść do europejskich systemów politycznych, które są tak samo dysfunkcyjne, jak ten w Etiopii.

Autor Hebanu prowadzi narrację przeciwną dyskursowi europocentrycznemu. Często jest to narracja zawierająca wiele krytyki, skierowanej wobec przedstawicieli tego typu myślenia. W ten sposób pisany jest zamieszczony w Czarnych gwiazdach – Bon ton w gorącym klimacie, w którym autor bardzo dosadnie daje wyraz swoim emocjom:

Życiorys kolona jest banalny. Zaczyna się gdzieś w Europie. Przyszły kolon spędza tu swoje szare lata. Na przykład – prowadzi sklepik. (…) Czasami rozbłyśnie w nim iskra inicjatywy. Albo poczuje żądzę przygody. Wtedy zaczyna ciułać pieniądze. Odbywa wielką podróż i ląduje w Afryce. (…) Kolon robi karierę w ciągu dnia, bez żadnego wysiłku. Leci sobie wygodnym samolotem i ogryza kurczaka, a za każdym kilometrem przybywa mu splendoru. Zamknięty w szczelnej kabinie Caravelli, jak liszka w kokonie, dokonuje swojej metamorfozy: z żebraka przeobraża się w króla. Staje się kolonem, a więc wielkim panem. A przecież nie zmienił się jako człowiek. Ten sklepikarz pozostał sklepikarzem. Jest to ta sama drobna, tuzinkowa persona, ze swoimi zdawkowymi poglądami, z konserwatywną mentalnością i tandetnym gustem. To nie on zarobił na siebie. To na niego zarobiła ideologia: sklepikarz zaczerpnął z kotła rasizmu. Petit blanc przeobraził się w Grand Blanc’a. Klękajcie narody[17].

Można by zapytać, po co Kapuściński, w latach, gdy Polska była skupiona wokół własnych problemów, wyruszył do Afryki, aby relacjonować zdarzenia często zupełnie dla Polaków niezrozumiałe. Sądzę, że dobrą odpowiedzią będzie poniższy cytat, który jako jeden z wielu ujmuje niezwykle istotną dla autora Cesarza sprawę Innego:

Obserwując wszystkie te wydarzenia z perspektywy bodaj najbliższej, najdokładniejszej, przybliżał je często nieświadomemu czytelnikowi, dla którego nazwy afrykańskich państewek, nazwiska kolejnych przywódców, awanturników, brzmiały obco i mało egzotycznie. Bo, gdy Kapuściński pisać zaczynał, egzotyka zaczynała się za granicą kraju. Albo za kilkoma granicami. W Bułgarii na ten przykład. Tym sposobem czytelnik, jeśli nawet nie był w stanie na mapie wskazać terenu tragedii, to na pewno obok samego zjawiska nie przeszedł obojętnie. Pomyślał i zaczął podróż w głąb własnej ciekawości i w głąb własnej kultury, bo w Innym, jak w lustrze, przeglądamy się my sami, nasza kultura, sposób postrzegania świata i nasza polityka i władza[18].

Poprzez Innego, autor Cesarza opisywał Afrykę nieznaną polskiemu czytelnikowi. Relacje z podróży Kapuścińskiego zawsze były zapisem wydarzeń, w których głównym bohaterem stawał się drugi człowiek. Reporter mając świadomość, że jest w trudnym położeniu, ponieważ pochodzi z Europy – kontynentu kolonizatorów – starał się zaskarbić sympatię i zaufanie rdzennych mieszkańców Afryki, pokazać, że nie jest jednym z tych „złych”. Realizował w ten sposób ideę filozofii dialogu, w której Inny nie jest zagrożeniem, ale w myśl Emmanuela Lévinasa, jest dla nas szansą:

Lévinas idzie dalej. Mówi: nie tylko musisz spotkać się z Innym, przyjąć go, dokonać aktu rozmowy. Musisz wziąć za niego odpowiedzialność. Filozofia Lévinasa wyodrębnia jednostkę, indywidualizuje ją, wskazuje, że oprócz mnie jest jeszcze ktoś inny, z którym – jeśli nie zdobędę się na wysiłek uwagi i nie okażę pragnienia spotkania, będziemy mijać się obojętni, zimni, nieczuli, bez wyrazu i duszy. (…) Tu interesuje nas teza Lévinasa, mówiąca o fundamentalnym znaczeniu różnicy – że akceptujemy Innego, choć jest różny, i że właśnie różność, inność jest bogactwem i wartością, jest dobrem. (…) Ba, Lévinas mówi nawet, że Inny to nasz mistrz i że znajduje się on bliżej Boga niż ja. I że nasz relacja z Innym winna być ruchem w kierunku Dobra[19].

Przy wszystkich opisach Afryki, których Kapuściński dokonuje – jej złożonej i bolesnej historii, tajemniczej i niezwykłej przyrody, bogatej i różnorodnej kultury – opis człowieka jest dla jego odbiorców największym i najlepszym źródłem poznania. Podobnie zresztą, jak dla niego samego. Reportaż bowiem: „ma wielu autorów i tylko dawno przyjęty zwyczaj powoduje, że tekst podpisujemy jednym nazwiskiem. (…) w jego powstaniu uczestniczą dziesiątki ludzi (…) Ci obcy, często nieznani nam bliżej ludzie, nie tylko są jednym z najbogatszych dla nas źródeł wiedzy o świecie, ale także pomagają nam w pracy na wiele innych sposobów – umożliwiają kontakty, użyczają swojego domu, albo wręcz ratują nam życie”[20]. Kapuściński przybliża nam Afrykę przez Innego, bo przez niego właśnie jesteśmy w stanie poznać samych siebie. Odnajdujemy to, co nas z Innym łączy, a sama Afryka z całą swoją kulturową, geograficzną i polityczną różnorodnością, przestaje być dla nas aż tak obca.


[1] B. Davidson, Społeczna i polityczna historia Afryki w XX wieku, przeł. B. Hlebowicz, PWN, Warszawa 2011,

s. 19.

[2] E. Chylak-Wińska, Afryka Kapuścińskiego, Sorus, Poznań 2007, s. 56-57.

[4] B. Davidson, Społeczna…, dz. cyt., s. 54.

[5] A. Zajączkowski, Czarna Afryka wczoraj i dziś, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1980, s. 41-53

[6] Tamże, s. 86-97.

[7] A. Zajączkowski, Muntu dzisiaj. Studium afrykanistyczne, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1970,    s. 53-67.

[8] B. Davidson, Społeczna…, dz. cyt., s. 27-42.

[9] Tamże, s. 73-76.

[10] R. Kapuściński, Heban, Czytelnik, Warszawa 1999, s. 5

[11] Tamże, s. 48.

[12] Tamże, s. 52.

[13] W. Bereś, K. Burnetko, Kapuściński: nie ogarniam świata, Świat Książki, Warszawa 2007, s. 82.

[14] Tamże, s. 92-93.

[15] R. Kapuściński, Heban, dz. cyt., s. 21-22.

[16] Tamże, s. 331.

[17] R. Kapuściński, Czarne gwiazdy, Czytelnik, Warszawa 1963, s. 20-21.

[18] K. Wojtasik, Reporter – tłumacz kultur, w: Ryszard Kapuściński. Próba portretu, pod red. M. Sokołowskiego, Wydawnictwo Wyższej Szkoły Pedagogicznej TWP, Warszawa 2008, s. 52.

[19] R. Kapuściński, Ten Inny, Znak, Kraków 2006, s. 28-29.

[20] Tamże, s. 9-10.

Bibliografia:

Bereś W., Burnetko K., Kapuściński: nie ogarniam świata, Świat Książki, Warszawa 2007.

Chylak-Wińska E., Afryka Kapuścińskiego, Sorus, Poznań 2007.

Davidson B., Społeczna i polityczna historia Afryki w XX wieku, przeł. B. Hlebowicz, PWN, Warszawa 2011.

Kapuściński R., Czarne gwiazdy, Czytelnik, Warszawa 1963.

Kapuściński R., Heban, Czytelnik, Warszawa 1999.

Kapuściński R., Ten Inny, Znak, Kraków 2006.

Wojtasik K., Reporter – tłumacz kultur, w: Ryszard Kapuściński. Próba portretu, red. M. Sokołowski, Wydawnictwo Wyższej Szkoły Pedagogicznej TWP, Warszawa 2008.

Zajączkowski A., Czarna Afryka wczoraj i dziś, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1980.

Zajączkowski A., Muntu dzisiaj. Studium afrykanistyczne, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1970.

Elżbieta Gwóźdź – kulturoznawczyni związana z Zakładem Teorii i Historii Kultury Uniwersytetu Śląskiego.