PK3.4

Można z pewnością stwierdzić, że podróżowanie, chęć zwiedzania i poznawania świata ma na celu głównie poszerzenie horyzontów. Dla naszych przodków ważny był również element odkrywania. Zapewne nie chodziło im początkowo o to, aby kolonizować, wszczynać wojny i się wzbogacać. Prawdopodobnie część z odkrywców spodziewała się, że na nowo odkrytym lądzie, oprócz niesamowitej roślinności, znajdzie również „dzikiego”. Kim był „dziki”, mieszkaniec tych niesamowitych ziem? Czy miał duszę? Kiedy już ustalono, że jej nie posiadał – za w pełni usprawiedliwione uznano wykorzystywanie go na najróżniejsze sposoby, a nawet jego sprzedaż oraz wywóz do Starego i Nowego Świata.

Niestety, kiedy przyjrzymy się schematowi kolonizacji (głównie tej brytyjsko-francuskiej), zauważymy, że dziś niewiele się zmieniło. Jeśli moglibyśmy cofnąć się w czasie i trafić na targ niewolników, za jednego musielibyśmy zapłacić  kilogram soli i bele wełny. A dziś? Dziś płacimy kilkanaście, kilkaset dolarów za wycieczkę do jednego z krajów Afryki, Tajlandii czy Wietnamu, aby „popatrzeć sobie” na tubylców. Kiedyś musielibyśmy zapłacić za bilet, aby zobaczyć „dzikiego” w klatce, pokazanego przez obwoźne zoo, dziś kupujemy bilet aby móc wejść np. do wioski Karenów. Dziś zbulwersowałoby nas wystawienie na publiczny widok Afroamerykanina zamkniętego w klatce, lecz nie bulwersuje wejście na terytorium plemienia, zaglądanie niemalże do każdej chaty, fotografowanie się z ich mieszkańcami i naruszanie ich prywatnej przestrzeni.  Dlaczego?Podróżowanie to fantastyczna rzecz. Dzięki niemu poszerzamy swoje horyzonty, zdobywamy wiedzę, której nie ma w najlepszych podręcznikach. Lecz czy z czasem, zwłaszcza podróżowanie do najodleglejszych zakątków, nie stało się pretekstem do wyróżnienia się w towarzystwie, powodem do wychwalania się, zaistnienia, wzbudzenia zazdrości w innych?

Podobnie jak dwieście lat temu, kiedy z wyprawy przywoziło się przyprawy, materiały, nierzadko niewolników, tak samo dziś chwalimy się nabytą w dalekiej podróży bransoletką, obrusem haftowanym w tradycyjny wzorek i masą zdjęć, które wyświetlamy naszym bliskim, przyjaciołom na 52-calowym telewizorze.

Chyba największy, a na pewno najbardziej spektakularny sukces odniósł dzięki „dzikim” Samuel Verner. To misjonarz, który podróżował po świecie w poszukiwaniu najróżnorodniejszych okazów do swojej wielorasowej kolekcji[1]. Kolejnym „kolekcjonerem” był Karl Hagenbeck, który początkowo był znany z tresury zwierząt, później z obwoźnych cyrków. Sukces zagwarantowała mu wystawa Nubijczyków, lecz w swych zbiorach posiadał  również: Samoańczykow, Lapończyków, Inuitów. W moim odczuciu, nie zdajemy sobie sprawy, jak ówczesne wystawianie na pokaz ludzi o innej karnacji czy innej budowie ciała wpłynęło na nasz stosunek do świata oraz do tego co nieznane. Oczywiście duży wpływ również miała kolonialna propaganda. Publiczne wystawianie w klatkach sprowadzonych z Afryki ludzi ubranych w ich tradycyjne stroje, niemalże w każdym białym powodowało poczucie rasowej wyższości, a co za tym idzie, poparcie dla wyzysku kolonialnego.

Pod ogólnikową etykietą „wiedzy orientalnej” i pod parasolem zachodniej hegemonii na Wschodzie, począwszy od schyłku XVIII stulecia powstawał skomplikowany Orient – dogodny przedmiot wykładów akademickich i wystaw muzealnych, potwierdzając słuszność systemu kolonialnego, ilustrujący antropologiczne, biologiczne, lingwistyczne, rasistowskie i historyczne teorie na temat gatunku ludzkiego i natury świata, dostarczający argumentów ekonomiczno-społecznych koncepcjom rozwoju, rewolucji, osobowości kulturalnej, charakteru narodowego i religijnego[2].

Doskonałym przykładem wyniszczenia niesionego przez kolonializm jest dzieło Josepha Conrada Jądro ciemności. Zaprezentowane tam obrazy uzmysławiają czytelnikowi jak zło potrafi zawładnąć człowiekiem, jak bardzo może się on zmienić i do jakich czynów może się posunąć, kiedy owładnie go chęć wzbogacenia się, poparta ideologią „niesienia pochodni postępu”. Conrad kolonizację przedstawił jako wielką siłę niszczycielską, której przyświeca ideologia postępu, której niedaleko zresztą było do ewolucjonizmu. Powstała więc sytuacja, w której  ludobójstwo powodowane odmienną karnacją zostało poparte teorią naukową. A stąd już blisko do posłużenia się retoryką prezentowaną przez bohatera powieści, Kurtza: „wytępić te wszystkie bestie”[3]. Europejczycy czuli się wręcz w obowiązku, jako ci zajmujący wyższe miejsce w procesie ewolucji, nieść postęp, nie zwracając uwagi na to, jak niszczycielskie przyniesie to skutki. Czy jednak nie była to tylko przykrywka do wzbogacania się?

Jądro ciemności, mimo że jest fikcją literacką, w doskonały sposób ukazuje, jak teoria naukowa może zostać wykorzystana do usprawiedliwienia ludobójstwa (a nie był to jedyny taki przypadek w historii). Nie można oczywiście twierdzić, że ewolucjoniści dali naukowe podstawy dla rasizmu:

Darwin dookreślając pojęcie gatunku stworzył naukowe podstawy do walki z rasizmem, pierwsi antropolodzy kulturowi, tacy jak Tylor, angażowali się w działalności Aboriginal Protection Society, ewolucjonizm jako całość zakładał tożsamość natury ludzkiej. Jednakże perspektywa diachroniczna sprowadziła problem kontekstu kulturowego do etapu w rodzaju ludzkości, natomiast „odkrywanie” w procesie dedukcji prawa rzeczywistości w sposób bezlitosny nakazywał eliminować i pomijać etapy przejściowe[4].

Ten sam mechanizm psychologiczny funkcjonuje do dziś. Czy nie dziwimy się inności mieszkańców krajów, które odwiedzamy? Nie poznajemy odwiedzanego miejsca, tylko przybywamy do niego mając już wyrobioną opinię na jego temat. Co więcej, patrzymy na dany kraj i jego mieszkańców poprzez stereotypy. Jeśli przybywamy do Egiptu, obowiązkowym punktem jest zdjęcie przy Piramidach. Przebywając na Bałkanach, szukamy śladów działań wojennych. Zwiedzając Pizę, robimy sobie zdjęcie „podtrzymując” Krzywą Wieżę. Afrykę uważamy za dziki kontynent, Rosję za kraj alkoholików.

Współcześnie na szczęście nie zobaczymy „dzikiego” w klatce, gdyż jest to powszechnie uznawane za niehumanitarne i nieetyczne. Lecz aby „sobie popatrzeć” na „dzikiego”, wystarczy wykupić wycieczkę do Etiopii, Wietnamu czy Tajlandii. W ofercie tych wycieczek na ogół znajdują się takie atrakcje jak zwiedzanie wioski tubylczej, w której możemy za drobną opłatą zrobić sobie zdjęcie z kobietą w stroju tradycyjnym. Możemy wejść do chaty wodza, pstryknąć kilka pamiątkowych zdjęć, niektóre oficjalnie, niektóre z ukrycia.

Cyk po raz pierwszy, drugi, piąty, wszystko w mgnieniu oka. Stało się – oto niepostrzeżenie zginał człowiek. Przeistoczył się w widok, scenerię egzotycznych wakacji, turystyczną atrakcję, zredukowany do obrazka, uprzedmiotowiony, zamknięty w filmowej klatce, skonsumowany[5].

Kiedy dokonała się zmiana – od kiedy zdjęcie jest ważniejsze od człowieka? Dlaczego po przyjeździe z urlopu mamy tysiące fotografii, a nic nie wiemy o kraju, w którym byliśmy, jego mieszkańcach, ich kulturze? Dlaczego nasza naturalna ciekawość ograniczyła się do robienia zdjęć? Gdyby Kolumb wychodził z tego założenia, prawdopodobnie nigdy by nie odkrył Ameryki.

Biura podróży coraz częściej oferują obecnie wyjazdy typu „7+7”, czyli siedem dni intensywnego zwiedzania, następnie siedem dni odpoczynku. Nasuwa mi się pytanie – dlaczego nie odwiedzić siedmiu plemion w jednej wiosce? Aby zobaczyć ten „cud”, wystarczy udać się do Tajlandii, w okolice prowincji Czaiang Maj. Przed wioską znajduje się restauracja, parking dla turystów, budka z biletami. Na terenie wioski możemy kupić orientalne pamiątki, począwszy od biżuterii, pierścionków, bransoletek, po obrusy w tradycyjne wzory, chusty i innego typu ozdoby[6]. Wszystko to po to, abyśmy mogli się pochwalić swoimi orientalnymi „łupami”. Być może zdajemy sobie czasem sprawę, że w zależności od wysokości kwoty, jaką tam zostawimy, tak obfity będzie obiad sprzedających. A zatem czy nie spełniliśmy swojego europejskiego obowiązku? Ale już nie dostrzegamy, że ich pochodzenie, tradycja zostały właśnie wystawione na sprzedaż, stały się niczym więcej ponad atrakcję turystyczną, element do skonsumowania.

Czy aby przypadkiem nie jest tak, że opisy wycieczek, tych najdalszych, egzotycznych więcej mówią o nas samych, o naszym wyobrażeniu o świecie? W czasie zwiedzania nie zastanawiamy się w jaki sposób nasza obecność wpływa na mieszkańców, na ich sposób postrzega nas czy nad tym, jak my zmieniamy ich świat.  Pytanie, czy nie potrafimy, czy też nie chcemy się nad tym zastanowić? Może zepsuje to nasz urlop?

Przecież im za to zapłaciłem – powie – mają za co żyć. Fakt, i warto w związku z tym przypomnieć za Baumanem – turysta zapłaci za widoki, atrakcje, prawo ignorowania tubylczych uczuć i trosk czy otaczania się własną siłą znaczeń[7].

Jak, wracając z takich fantastycznych wczasów, gdzie doznaliśmy uczucia spełnienia obowiązku pomocy tubylcom zostawiając tam nasze pieniądze i nabywając towary, wytłumaczyć dziecku fragment W pustyni i w puszczy?

- Gdybym chciał – mówił sobie – to mógłbym tu zostać królem nad wszystkimi ludami Doko – tak jak Beniowski na Madagaskarze! I przez głowę przeleciała mu myśl, czyby nie dobrze było wrócić tu kiedy, podbić wielki obszar kraju, ucywilizować Murzynów, założyć w tych stronach nową Polskę albo nawet ruszyć kiedyś na czele czarnych wyćwiczonych zastępów do starej[8].

Warto pamiętać o tezie jaką stawia w swojej książce Edward W. Said: „W panowaniu nie ma nic mistycznego, ani naturalnego. Wprowadzają je, upowszechniają i gloryfikują ludzie. Ma charakter instrumentalny i perwersyjny” [9].

Niestety, nie jesteśmy zbyt często chętni do refleksji na temat naszego wpływu na kraje, które zwiedzamy-plądrujemy. Problem moim zdaniem tkwi w tym, że nie mamy świadomości naszych zachowań, które mogą powodować niekorzystne zmiany.

Czy coś się zmieniło w naszej mentalności od czasów kolonializmu? Czy jesteśmy gotowi na sytuację, jaką przywołuje w swoim artykule Kapitał białej skóry Paweł Cywiński? Kiedy wychodził z kina, zaczepił go pewien człowiek i zapytał bardzo grzecznie czy może prosić go
o radę. Zapytał go jak ma żyć, by osiągnąć sukces. Autor był nieco zakłopotany, w żaden sposób nie czuł się odpowiedzialny, aby udzielić mu odpowiedzi. Po chwili jego rozmówca powiedział: „przecież ty wiesz, jak żyć, jesteś Europejczykiem, jesteś biały. Jeżeli ty nie wiesz, to kto ma wiedzieć?”[10].

Wciąż ponosimy konsekwencję tego, co biali Europejczycy  uczynili wszystkim tym, którzy wyróżniali się kolorem skóry, czcili innych bogów i ubierali się inaczej. My, europejscy turyści niczym się nie różnimy od tych, którzy niegdyś przychodzili do „ludzkiego zoo”. Zresztą my, Europejczycy nadal możemy sobie na takie zachowanie pozwolić.


[1] P. Cywiński, Polowanie na dzikusa, „Gazeta Wyborcza” 29-30.12.2012, s. 40.

[2] E. W. Said, Orientalizm w: Teorie literatury XX wieku, pod red.: A.Burzyńskiej, M.P. Markowskiego, Kraków 2006, str. 631.

[3] J. Conrad, Jądro ciemności, tłum. A. Zagórska, Wydawnictwo GREG, Warszawa 2001, s.71.

[4] M. Pacukiewicz, Kanibale w ogrodzie. Ewolucjonizm i jego demitologizacja w Jądrze ciemności Josepha Conrada, „Świat i słowo” 2010, nr 1(14), s. 114-115.

[5] P. Cywiński, Polowanie na dzikusa, „Gazeta Wyborcza” 29-30.12.2012, s. 40.

[6] P. Cywiński, Polowanie na dzikusa, „Gazeta Wyborcza” 29-30.12.2012, s. 41.

[7] P. Cywiński, Ludzkie zoo, www.magazynkontakt.pl/ludzkie-zoo.html., 11.04.2013.

[8] H. Sienkiewicz, W pustyni i w puszczy, Wydawnictwo Śląsk, s. 387-388.

[9] E. W. Said, Orientalizm w: Teorie literatury XX wieku, pod red.: A.Burzyńskiej, M.P. Markowskiego, Kraków 2006, str. 642.

[10] P. Cywiński, Kapitał białej skóry, www.magazynkontakt.pl/kapital-bialej-skory.html., 11.04.2013.

Bibliografia:

Cywiński P. Polowanie na dzikusa. w: „Gazeta Wyborcza” 29-30.12.2012.

Pacukiewicz M., Kanibale w ogrodzie. Ewolucjonizm i jego demitologizacja w Jądrze ciemności

Sienkiewicz H., W pustyni i w puszczy, wyd. „Śląsk”, 1983.

Teorie literatury XX wieku, red. A. Burzyńska, M.P. Markowski, wyd. Znak, Kraków 2006.

„Magazyn Kontakt”, http://magazynkontakt.pl, 20.06.2013.

Agata Picheń – ukończyła etnologię i kulturoznawstwo na Uniwersytecie Śląskim. Interesuje się szeroko pojmowaną kulturą ludową XIX wieku, zwłaszcza demonologią. Zajmuje się również antropologią śmierci rozumianą, jako zjawisko społeczne, kulturowe i ekonomiczne.